“Obleciświat”, co miał metr zdjęć z Afryki i inne opowieści

4-7.01.2012 – Montelimar – Tail-l’Hernitage – St. Etienne – Bourg-le-Comte – Nevers

Sobota, 7 stycznia – jak dla mnie był to zdecydowanie najcięższy dzień rowerowy, nawet pierwsze 146 km w Nowy Rok nie było tak ciężkie, jak dzisiejszy wiatr z godziny dziesiątej, jak dzisiejszy deszcz i jak dzisiejsze pięciokrotne łatanie dętek. Kasper do Nevers dojechał 3 godziny przede mną, ale też nie miał łatwiej – drogę prawdopodobnie miał nawet cięższą, bo po pierwszych 30 km wybrał prawy brzeg Loary, bardziej pagórkowaty niż lewa strona rzeki, poprzecinana dziesiątkami kilometrów kanałów nawadniających i żeglownych. Jazda wzdłuż monotonnych kanałów też nie jest najprzyjemniejsza.
Ostatnią noc, 6/7 stycznia, spędziliśmy w domu Saszy, niedaleko Marcigny, a poprzednie dwie w St. Etienne. 4 stycznia wspięliśmy się na Col de la Republique , a ruszaliśmy z Tain-l’Hernitage pod Valence, nad Rodanem. Dotychczas przebyliśmy ponad 700 kilometrów, średnio ponad 100km/dzień, z jednym dniem „stacjonarnym” w St. Etienne, kiedy to przejechaliśmy tylko 30 km wewnątrz miasta. Do Paryża pozostało nam nieco ponad 250 km. Musimy tam dojechać do wtorku rano. Powinniśmy zdążyć. Tydzień temu dodalibyśmy jeszcze insz Allah, ale tu jest Europa, tu MUSIMY zdążyć.
Zaczynając jednak od względnego początku, czyli od wyjazdu z Montelimar. Najpierw spróbowaliśmy sił na „poziomce”, czyli rowerze poziomym naszego gospodarza, Rolanda. Tuż przed wyjazdem, w imieniu lubartowskich „relaksiaków” wymieniliśmy się z nim odblaskowymi kamizelkami rowerowymi. Okazało się bowiem, że Roland jest członkiem miejscowego stowarzyszenia rowerowego, MonteloVelo, którego misją statutową jest popularyzacja bezpiecznego poruszania się rowerem i innymi niezmotoryzowanymi środkami transportu, głównie po mieście. Przyznaję, że ilość i jakość ścieżek dla rowerów w miastach, a czasem także na głównych francuskich drogach, jest imponująca. Może nie zawsze są najwygodniejsze dla rowerzystów podróżujących z sakwami i przyczepką, ale przynajmniej nie kończą się „w polu” jak czasem zdarza się to w Polsce. Na obrzeżach Montelimar zajrzeliśmy na chwilę do Muzeum Nugatów i Słodyczy. Niestety, prawie wszystkie mijane sklepy i firmy usługowe miewają około południa przerwy obiadowe, a czas ich zamknięcia jest trudny do przewidzenia – należy więc założyć, że od około 11:00 do 14:30 nie skorzysta się z usług niektórych placówek.
Trasa nie była zbyt skomplikowana, ot, klasyczne rowerowanie, głównie wzdłuż rzeki, konsekwentnie w górę. Prawdziwe wspinanie zostawiliśmy sobie na następny dzień. Po 80 km dotarliśmy do Tain-l’Hernitage nad Rodanem. Zatrzymaliśmy się u przemiłej pary, Fanny i Philippa, którzy poczęstowali nas lokalnym specjałem, Ravioles du Royans. Smaczne i pożywne danie – tego nam było dziś potrzeba! Jutro ciężki fragment!
Plan na środę to zdobycie najwyższej przełęczy na naszej trasie – Col de la Repulique, 1161 m n.p.m., czyli około kilometra wyżej od miejsca startu. Za przełęczą wjechaliśmy w Masyw Centralny, a dalej, doliną Loary, odbędziemy „zjazd” kilkaset kilometrów w stronę stolicy. Zaczęliśmy nie najwcześniej, bo i dystans nie miał być najdłuższy, tylko 70 kilometrów,  zdawaliśmy sobie jednak sprawę z tego, że podjazd pod koniec trasy może nas nieco sił i czasu kosztować. Tak też i było. Col de la Republique to znana przełęcz, cenią ją głównie rowerzyści, gdyż była najważniejszym podjazdem pierwszej edycji Tour de France ,w 1903 roku. Na szczycie zastaliśmy śnieg i temperaturę około zera – oczywiście na podjeździe nie zabrakło także wiatru w twarz, ale opłacało się – nagrodą był kilkunastokilometrowy zjazd do Saint-Etienne. Esencja podjeżdżania na przełęcze! W ciągu dnia natknęliśmy się po raz pierwszy na drogowskaz kierunkowy na Paryż. Według niego mieliśmy do przejechania jeszcze 526 kilometrów!
Czwartek spędziliśmy na szukaniu możliwości kupienia biletów na pociąg z Paryża do Kolonii, ale taki, by wraz z nami mogły nim pojechać także nasze rowery i bagaż. Dla sprzedawców nie było to takie oczywiste jak dla nas – dopiero rysownicze umiejętności Kaspra przekonały kasjerów do naszego pomysłu i wreszcie zapewniliśmy sobie transport z Paryża. Rozpadało się, ale mimo to resztę dnia poświęciliśmy na poszukiwania polskiego księdza w parafii La Ricamarie, pod St. Etienne. Mieliśmy nadzieję, że pomoże nam znaleźć potomków emigrantów polskich, rodzinę Wolsztyńskich, którzy w latach 20. i 30. gościli Kazimierza Nowaka. Niestety, nie udało nam się go spotkać – postanowiliśmy więc, że wyjeżdżając w piątek rano w stronę Marcigny, „w ciemno” pojedziemy do miejscowości Beaulieu, do tamtejszego kościoła, w którym być może zachowała się jakaś pamięć po naszym Rodaku.
Od wjechania na Masyw Centralny załamała nam się nieco pogoda, zrobiło się bardzo wietrznie i dużo chłodniej niż w dolinie Rodanu. Piątek zaczął się od zacinającego bocznie śniegu z deszczem przechodzącym w grad. Pomimo dystansu, jaki sobie na dziś zaplanowaliśmy – 125 km najprostszą drogą do kolejnego noclegu – nie zrezygnowaliśmy z podjęcia próby odwiedzenia okolic, w których dwukrotnie przebywał podróżnik. Szybko znaleźliśmy kościół w Beaulieu. Zamknięty. Część wyglądająca na plebanię jest zaadaptowana na szkołę podstawową, ale nauczyciele nie mogli nam zbyt wiele pomóc – zasugerowali, byśmy pytali po domach. Ten pomysł bardzo nam się spodobał – jeżdżąc od furtki do furtki, zaczęliśmy studiować karteczki i opisy na skrzynkach pocztowych. Jednym z pierwszych nazwisk, jakie odczytaliśmy, było Kozicki, stanęliśmy przed bramą, po chwili na ganku pojawiła się starsza pani, która na nasze pytanie czy mówi po polsku? odpowiedziała po francusku, że niewiele. Ale kojarzy nazwisko Wolsztyńskich!! Wskazała nam w której części osiedla powinniśmy szukać. Pognaliśmy tam pełni nadziei! Jeździliśmy od domu do domu. Kowalczyk, Wolek, Slaby, dziesiątki polskich nazwisk, ale Wolsztyńskiego nie znaleźliśmy. Po około pół godzinie szukania trafiliśmy na przemiłego pana, który też kojarzył szukane przez nas nazwisko i skierował nas kilka przecznic wyżej. Kolejne minuty poszukiwań i wreszcie jest: Wolsztinski. Czy to ta rodzina? Czy ktoś może pamiętać polskiego podróżnika po 75 latach? Weszliśmy nieśmiało na teren posesji, zastukaliśmy do drzwi, które po chwili otworzył zdziwiony naszym widokiem nastolatek. Mówimy, że szukamy Józefa Wolszyńskiego, chłopak nie rozumie: o co chodzi? W końcu woła wgłąb domu: babcia! No i przychodzi babcia, z którą z uśmiechem witamy się po polsku, dzień dobry. Zaczynamy zadawać pytania o Józefa Wolsztyńskiego, o górników na zdjęciach, o to czy kogoś zna, czy zna miejsca z fotografii Nowaka. Gdy na widok podróżnika powiedziała: „a ten tu, to obleciświat; był u nas”, wiedzieliśmy już, że znaleźliśmy właściwy dom! Wtedy przyszedł pan Franciszek, syn Józefa. To on stoi na zdjęciu zrobionym w 1936 roku. Ma zresztą takie samo w swoich albumach. Przypominał sobie coraz więcej. Miał 10 lat, gdy Nowak ich odwiedził: spędził u nich kilka dni, wracał z Afryki, „miał metr fotografii”, bardzo narzekał na wydawcę Przewodnika Katolickiego, w którym nie chciano publikować jego afrykańskich zdjęć, bo „Afrykanki były zbyt roznegliżowane”. Mieliśmy łzy w oczach i chyba starsi państwo dostrzegli, jak bardzo się cieszymy, że odnaleźliśmy kolejne osoby, które pamiętają Kazimierza Nowaka! Opowiedzieliśmy o sztafecie, o poszukiwaniu śladów podróżnika przez 2 lata, o tym, że i w Afryce są jeszcze ludzie pamiętający naszego „obleciświata” (podobno Nowak tak o sobie mawiał), o tym, że na wiele lat zapomniano o jego wyczynie, o tym, że teraz staramy się tę pamięć przywracać. Poprosiliśmy pana Franciszka o wpis do książeczki-pałeczki, na samym końcu, z datą 6 stycznia 2012 roku.
Nie mieliśmy zbyt wiele czasu. Do przejechania tego dnia pozostawało wciąż ponad 120 km, a dnia ubywało coraz szybciej. Pożegnaliśmy się i obiecaliśmy przysyłać informacje o Nowaku, jeśli jakieś nowe się pojawią – w samym Beaulieu jest jeszcze dużo do odszukania, bo nie wszystkie osoby ze zdjęć udało nam się zidentyfikować, nie wszystkie miejsca. Potrzeba by na to całego dnia, może nawet kilku, a my ich nie mieliśmy, może następnym razem, może w lipcu?
Ruszyliśmy szczęśliwi i naładowani pozytywnymi emocjami. Droga jednak nie należała do najłatwiejszych, wiało jak zawsze, z przeciwka, i było coraz chłodniej, no ale nikt nie mówił, że będzie łatwo. Godzinę po zmierzchu skontaktowaliśmy się z Saszą, naszym piątkowym couchem* – poinformowaliśmy go, jaka jest sytuacja, że jesteśmy bardzo daleko i spytaliśmy czy nie będzie problemem, jeśli przyjedziemy późnym wieczorem. Zaproponował, że przyjedzie po nas autem, ale nie zrozumiał, że my możemy dojechać rowerami, ale może chociaż odciążyłby nas z bagaży. Umówiliśmy się pod kościołem w Neulise i gdy tam przyjechaliśmy, okazało się, że nasz dobrodziej zdemontował pół swojego Mercedesa aby zmieścić dwa rowery i przyczepkę i cały ten majdan jaki wieziemy ze sobą (m.in. dlatego kochamy CouchSurfing – gdyby za czasów Kazimierza Nowaka istniał CS, na pewno by z niego korzystał!*). Wyszło głupio, bo jak tu nie skorzystać z takiej okazji, ale z drugiej strony nie o to go prosiliśmy. Aby Sasza nie poczuł się urażony, Kasper wsiadł z nim ochoczo do auta, ja natomiast, po oddaniu przyczepki i części bagażu ruszyłem w dalszą drogę rowerem. Pozostało mi prawie 40 kilometrów, z czego pierwsze 10 to prawie ciągły zjazd! Kilkanaście kilometrów przed metą, w maleńkiej miejscowości Iguerande, zatrzymałem się w jedynej czynnej kawiarence, jaką mijałem od prawie 3 godzin. Zamówiłem kawę, włączyłem do ładowania telefon, zdjąłem do przeschnięcia kurtkę i bluzę. Zaciekawiony mną właściciel spytał, skąd jadę, dokąd dziś zamierzam dotrzeć, co robię we Francji, jakiej jestem narodowości. W restauracyjce był jeszcze tylko kucharz i żona właściciela, co chwila ktoś do mnie podchodził i pytał czy czegoś nie potrzebuję. W końcu zaproponowali, że przygotują coś specjalnego do zjedzenia, oczywiście nie będę musiał płacić. I colę przyniosą, i wodę, jeśli chcę. Bardzo miłe miejsce. Pizzeria le Fiacre, polecam ich pizzę!! Lubią tam rowerzystów z Polski i dobrze ich traktują!
Sasza, żegnając mnie pod kościołem, powiedział: „do zobaczenia jutro”, i mocno się zdziwił gdy przyjechałem na miejsce przed północą. Jego wielki dom może pomieścić kilkunastu gości, znalazło się więc miejsce i dla mnie – Kasper zdążył się do czasu mojego przyjazdu zaprzyjaźnić z innymi domownikami. Sasza jest Anglikiem serbskiego pochodzenia, z akcentem i humorem zdecydowanie podkreślającym jego wyspiarski charakter. Od 20 lat mieszka i pracuje we Francji. Poznał też urodzoną w Algierze Francuzkę, pochodzenia hiszpańskiego, która mieszkała w wielu miejscach świata, m.in. w Kongo, Maroko, Rosji. Przy stole zasiadał jeszcze Bogdan, z którym Sasza rozmawiał wyłącznie po serbsku.
Rano obudził nas śpiew, tenorowy głos Saszy zapowiadał świetny dzień! Przy śniadaniu poznałem jeszcze jednego gościa z kolacji, młodego francuskiego trampa, Nathaniana, podróżującego starym Wolksvagenem, ale nie zdążyliśmy się dowiedzieć skąd i dokąd jechał. Później wysłuchaliśmy jeszcze krótkiego fragmentu jakiegoś utworu Chopina, oczywiście na żywo, w wykonaniu Saszy, i musieliśmy się szybko ewakuować, bo nasz gospodarz przypomniał sobie, że od pół godziny powinien być na spotkaniu w Marcigny. Co za miejsce!
Dotarłem więc do początku dzisiejszego dnia, do początku naszej rowerowej udręki z przeciwnym wiatrem, pędzącymi automobilami, deszczem, zimnem, zmęczeniem i pięcioma dziurami w dętkach! Kasper pojechał przodem – ja zostałem z przebitym kołem. Na jednym ze skrzyżowań ja skręciłem w lewo, a on w prawo, ja jechałem więc lewą stroną Loary, on natomiast prawą, z tym, że kilkanaście kilometrów z przodu. Przewaga się zwiększyła w połowie dnia, gdy załatałem kolejne dwie dziury, a uchodzące powietrze z koła przyczepki skutecznie osłabiło moje morale i nogi. Prawie 100 kilometrów jechałem monotonną okolicą, z setkami krów i kilkunastoma małymi wioskami. Jedynym plusem tej drogi była płaskość. Kasper, jadąc drogą z drugiej strony Loary, co rusz pokonywać musiał kilkudziesięciometrowe wzniesienia. W połączeniu z pędzącymi samochodami, siąpiącym deszczem i kończącymi się bateriami w czołówce to niebezpieczna mieszanka.
Sobotni nocleg zapewniła nam „rowerowa” para, Ronan i Sandrine, którzy często podróżują rowerami wraz ze swym 2,5 rocznym synem, Elouanem. Oczywiście ten ostatni jest wożony w specjalnej przyczepce!! Wspaniali ludzie, chyba spodobała im się historia Nowaka, mam nadzieję, że skutecznie namówiliśmy ich na przyjazd w sierpniu do Polski. Zostaniemy u nich na jeszcze jedną noc, w niedzielę nie wsiadamy więc na rowery. W poniedziałek pojedziemy ponad 200 km do miejscowości Evry, pod Paryżem. We wtorek zostanie nam do przejechania niespełna 40, na dworzec kolejowy. Leniw niedziela.

*artykuł o CouchSurfingu już niebawem

4 komentarzy / responses to ““Obleciświat”, co miał metr zdjęć z Afryki i inne opowieści”

  1. Dominik says:

    Gratulacje!

  2. Karolina says:

    Fantastycznie chłopaki! Czyta się “was” z zapartym tchem! A “couchsurfing” to po prostu HIT dla podrózników!:)) Do zobaczenia w POZNANIU!!! Jesteście WIELCY!!!:)))

  3. Bobik says:

    No i jeszcze tylko wypadałoby wspomnieć (choćby jednym słowem), skąd te wspaniałe informacje historyczne o Wolsztyńskich i innych takich ;)

  4. Jestem pod wielkim wrażeniem z powodu odnalezienia rodziny Wolsztyńskich!!! Oni najwięcej pomogli Nowakowi, gdy zjawił się w Beaulieu, szukając klientów jako fotograf po powrocie z Afryki! Wielkie dzięki, GRATULACJE!!!
    Czekamy na Was w Poznaniu!
    Teresa Szmajda

Design: ITidea
Hosting: Seetech - Wdrożenia Microsoft Dynamics NAV