Krasiczyn – Sądowa Wisznia

Miało być „skoro świt”, a wyszło jak zawsze, GOK w Krasiczynie „zdaliśmy” przed 10:00, najwięcej czasu zajęło nam usadawianie w sakwach sadzonek lipy i dębu, które przekazali mieszkańcy Boruszyna, abyśmy posadzili je w Stryju – tak by korzenie, które Nowak zapuścił w Wielkopolsce, wróciły do jego miejsca urodzenia – opakowaliśmy je w karimaty i mimo, że wystawały z sakw przyczepki, nie rzucały się zbytnio w oczy, wyglądając jak standardowe wyposażenie podróżników rowerowych. Kolejne 30 minut spędziliśmy na terenie tutejszego zamku – szybka audiencja u dyrekcji obiektu, wpis do etapowej książeczki pamiątkowej, zdjęcie pod zamkiem i wreszcie jedziemy w stronę granicy! Do Przemyśla jest „kilka fajnych wzniesień” – Sławek całkiem uprzejmie nie wyprzedzał mnie na podjazdach – niby to tylko kilka kilometrów od miasta, ale potu wylaliśmy dużo, bo i słońce coraz wyżej i temperatura zdążyła podskoczyć do około 25 stopni. W Przemyślu mieliśmy do wykonania kilka niezbędnych czynności: druk map wojskowych z lat trzydziestych, łączność z Radiem Szczecin i internetem, wymiana waluty. Usiedliśmy pod pomnikiem Mickiewicza, tuż przy Ratuszu, licząc na miejskie WiFi – nie upłynęło nawet 5 minut i żółte sakwy z konturem Afryki i profilem Nowaka zainteresowały jednego z przechodniów: a co Afryka Nowaka robi w Przemyślu? – padło bezpośrednie pytanie… Miły przechodzień okazał się być wytrawnym rowerzystą, który zna dobrze historię Kazimierza Nowaka i projekt sztafetowej wyprawy jego śladami – w dodatku Grzesiek Karnas pracuje w przemyskim magistracie, do którego nas zaprosił, oferując pomoc w druku historycznych mapy II Rzeczpospolitej – przemiłe spotkanie oczywiście skończyło się zaproszeniem z naszej strony na tygodniową wycieczkę po Ukrainie śladami Nowaka i wpisem do książeczki-pałeczki . Znów minęła godzina, a my wciąż byliśmy kilkanaście kilometrów od granicy… Wyjeżdżamy z miasta, dołącza się do nas Wojtek, opowiadamy o Kaziku, o tym, co robimy, dlaczego jedziemy na Ukrainę – bardzo żałuje, że nie wiedział wcześniej, bo i urlopu jeszcze trochę ma do wykorzystania i zaciekawiony sztafetą chciałby dowiedzieć się więcej – postanawia więc towarzyszyć nam aż do granicy, czas nam miło upływa na opowieściach o Afryce i polskim podróżniku… Jedziemy we dwóch obok siebie, Sławek z tyłu, słyszę co jakiś czas jego głos – pewnie rozmawia przez telefon, wykorzystując ostatnie kilometry w zasięgu polskiej telefonii, zerkam w tył, a tam kolejny rowerzysta przyłączył się do naszego minipeletonu, Krzysiek, który otrzymuje przykładny wykład o Kazimierzu Nowaku. Wreszcie granica, kolejki przed szlabanem właściwie nie ma, żegnamy się z chłopakami i podejmujemy próbę sforsowania granicy przejściem dla samochodów – niestety Pan Strażnik Graniczny jest nieprzejednany: rower to nie samochód, trzeba iść na przejście dla ruchu pieszego – na nic nasze tłumaczenia, że po stronie ukraińskiej jest kołowrotek, który skutecznie utrudnia rowerzystom przejazd, trzeba będzie sakwy rozpinać, rowery przenosić… ehhh, no i te sadzonki z Boruszyna, byłoby fajnie gdybyśmy nie musieli się z nich tłumaczyć.

Przekraczamy polski posterunek graniczny, myk myk i po formalnościach, co prawda musiałem okazać się dodatkowym dokumentem tożsamości, bo od wyrobienia paszportu nieco urosła mi broda, ale wszystko odbyło się z uśmiechem – teraz część ukraińska, tak jak myślałem, granicy wciążnie przystosowano dla potrzeb rowerzystów, kołowrotek jak na stadionie piłkarskim skutecznie uniemożliwiał sprawne przejechanie osakwowanym rowerem z przyczepką. Zrobiliśmy więc odpowiednie zamieszanie i nawet nie zauważono dwóch, nienaturalnie wystających z sakw karimat – poczuliśmy się nawet na tyle bezpiecznie, że spróbowaliśmy namówić urzędników ,aby wstemplowali do książeczki-pałeczki graniczną pieczątkę Ukrainy, na nic jednak zdało się pokazywanie stempli z Egiptu, Sudanu, Rwandy, Zambii, RPA… jakaś napięta atmosfera panowała wśród pracowników granicy, powiedziano nam, abyśmy spróbowali w drodze powrotnej, bo „dziś to lepiej nie wołać kierownika”…

Kilka informacji dla Chętnych zmagań z drogową codziennością Ukrainy – tuż po przekroczeniu granicy Unii Europejskiej w Medyce, rowerzysta przekonuje się, że nie tylko w krajach bliskiego wschodu są wysokie krawężniki, Ukraina także takie posiada, świetnie wybielone (pewnie z powodu niedawnego święta narodowego), ale nie zawsze kompletne. Droga krajowa A259 jest jednocześnie drogą europejską E40 – z nazwy li tylko i wyłącznie. Parafrazując powiedzenie gimnazjalnych nauczycieli: Dziura na dziurze, dziurę pogania – przez pierwsze kilka kilometrów odczuwaliśmy nawet pewną przyjemność poznawczą, jadąc bliziutko prawej skrajni “asfaltu”, jednak na dłuższą metę kontrolowanie trajektorii jazdy, gdy wyprzedzające nas marszrutki, osobówki i ciężarówki gnają na złamanie resorów w stronę Lwowa, staje się męczące, wręcz wyczerpujące.

Mimo słabej nawierzchni, do Sądowej Wiszni dotarliśmy całkiem sprawnie, ale jednak po czasie – w planach mieliśmy przywitanie się z tutejszymi Polakami podczas wieczornej mszy świętej – początek o godzinie 18:00… ale czasu ukraińskiego, a ten nie do końca nam się ostatecznie zgodził. Nieco spóźnieni znaleźliśmy wreszcie parafię, akurat, gdy wierni opuszczali świątynię, i jak można się było spodziewać, spotkaliśmy się tam z Romanem Wójcickim – Polakiem odpowiedzialnym za kontakty z macierzą w Towarzystwie Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej w Sądowej Wiszni, więc i z nami…

Jeden komentarz / One Response to “Krasiczyn – Sądowa Wisznia”

  1. askaKongoSafiri says:

    Norberto:
    Pomysł z drzewem piękny!!poproszę o extra fotki z “zapuszczania korzeni”!!!
    pozdrawiam ciepło z alp szwabskich.
    ;-)

Design: ITidea
Hosting: Seetech - Wdrożenia Microsoft Dynamics NAV