“Radomska” zabudowa i miła odmiana, , dzień 18 (83 dzień sztafety)

| Minja, wtorek rano, Hotel Majestic |

Nazwa hotelu jest rzeczywiście niezła. Spaliśmy w nim dzisiaj dlatego, że przejechaliśmy wczoraj aż ponad 130 km z Beni Suef do Minja właśnie, niestety na całym dystansie w asyście mniej lub bardziej rozsądnie zachowującej się policji (na jednym z odcinków radiowóz jechał przed nami nie więcej niż 20 m, co sprawiało, że jedyny widok, jakim mogłem martwić swoje oczy, składał się z tylnej części pickupa, dużego napisu Chevrolet oraz dwóch facetów w zielonych swetrach z bronią palną na kolanach). No trudno.

Za to po bokach krajobraz doliny Nilu całkiem już różnorodny, przede wszystkim pod względem mnogości rozwiązań dla tzw. substancji mieszkaniowej. Zdarzają się oto bowiem zarówno budynki w stylu prawie że afrykańskim, polepione wydaje się byle jak, obok prostych i bardziej skomplikowanych, jedno- lub dwupiętrowych domów dostosowanych do tutejszego klimatu – nazwijmy je, że normalnych, lecz jest też zabudowa bloczkowa, otynkowana albo i niekoniecznie. Bloczki te właśnie pobudowane równiutko wzdłuż drogi, którą jedziemy, sprawiają, że niby mija się wioski położone w pobliżu miast takich jak Maghagha, Beni Mazar czy Samalut, a jest trochę jak w Radomiu, względnie w którymś z pozostałych miast polskiego matecznika rusznikarstwa, jak np. w Skarżysku-Kamiennej. Mimo wszystko ciekawe doświadczenie     .

Oprócz zabudowy, wzdłuż drogi ciągną się zielone pola, nawadniane równie intensywnie jak kilka tysięcy lat temu kanałami irygacyjnymi odprowadzanymi od Nilu. Zielona dolina jest tak szeroka, że momentami widać z szosy pustynię wyznaczającą jej granice, a jednak daje radę tu ludność produkować żywności naprawdę sporo. Do tego gaje palmowe, gęstwina rzeczna przy szerszych kanale i gdy dodamy do tego np. zachód słońca, robi się naprawdę malowniczo.

To tyle może w kąciku poetyckim, a teraz krótko, co się od wczoraj zdarzyło. Chwilę po tym, jak skończyłem pisać, wrócił Roman z dobrą nowiną, że wraz z Sebastianem po długich poszukiwaniach znaleźli w Beni Suef nocleg po drugiej stronie Nilu, w centrum koptyjskim. Jedziemy. Tak się składa, że ja akurat na rowerze Magdy, więc trochę uderzam się w szczękę kolanami, ale gorzej i tak ma Paweł, którego na szybkości potrąca samochód. Normalna sprawa, wstajemy, czas goni.

Centrum koptyjskie to miejsce złożone z kościoła koptyjskiego, domu pielgrzyma koptyjskiego oraz jadalni (są też oczywiście i inne rozwiązania infrastrukturalne – ogólnie pierwsza klasa). Jadalnia dla nas ma znaczenie wiodące. Łapczywie pochłaniam makaron z pomidorami i trochę zbyt słonym (ale nie czas na niuanse) kozim serem. Przypomina mi się Piotr Milaniak. Podczas III Spotkań Podróżników i Eksplorerów w Krakowie opowiadał o jednej ze swoich rowerowych wypraw (Azja, Ameryka Południowa), cały czas wrzucając jakieś dygresje o jedzeniu. Że tu jadł to, tam tak smakowało tamto. Myślałem sobie – obsesjonat. Wczoraj zmieniłem zdanie.

Poza wszystkim zaś ośrodek koptyjski i możliwość kontaktu z otoczeniem innym niż muzułmańskie, to zawsze miła odmiana – wreszcie są tu ludzie, którzy przedstawiają się jako Michael czy Carlos. Niby nic takiego, ale gdy przez ponad 2 tygodnie non stop skupiasz się, by nie pomylić kolejnego Mohammeda z Ahmedem lub jego kumplem Mahmudem (np. w Kantarze poznany przez nas człowiek, z którym gdzieś koło północy piliśmy sobie herbatę, tak właśnie nazwał swoich trzech synów; Lech, Leszek, Lesław? Mniej więcej coś w tym rodzaju; przy czym dodać należy, że córce dał za to piękne imię Basmala), traktujesz takie momenty jako sposobność na złapanie oddechu.

Samo Beni Suef to miasto naprawdę spore, podobnie zresztą jak i to, gdzie jesteśmy dzisiaj – Minja (jak można wyczytać w przewodniku jeszcze raptem pod koniec l.90. XX wieku na jego ulicach trwały walki egipskiego wojska z radykalnymi bojówkami, stąd być może taka troska o nas ze strony policji). Poza tym świeże powietrze, ładne kamienice i awans Egiptu do półfinału Pucharu Narodów Afryki, który oglądaliśmy wczoraj w barze z koszeri, który z całą pewnością poprawił nastroje mieszkańców (masywny kucharz po golu na 2:1 tak mocno dostał od kolegi po plecach – z radości co prawda, ale musiało boleć – że sala na chwilę zatrzęsła się w posadach), choć przyznać trzeba, że sędzia skrzywdził Kamerun; po wolnym A. Hassana piłka na pewno nie odbiła się za linią bramkową.

A dziś – dystans krótszy, więcej oglądania. Ale najpierw pieczątka. Bo Minja to miasto, które podobnie jak i Beni Suef odwiedził na swojej trasie Kazimierz Nowak. Dokumentujemy.

[Piotr Tomza]

Komentarz / Comment


Przepisz 2 słowa poniżej by wprowadzić komentarz.

 

Design: ITidea - rekrutacja handlowców
Hosting: Seetech - Wdrożenia Microsoft Dynamics NAV