Bezdroża, wilki, strusie i lwy, czyli ukraińska codzienność.

Lwów – Sambor – Drohobycz – Truskawiec – Drohobycz – Stryj (5-8 września)

Anna Koziejowska, Ulla Wilczyńska-Kalak, Kamila Kielar, Norbert Skrzyński, B. Sławek Kuczyński, Kazik Kosydor, Kasper Piasecki– siedmiu rowerzystów opuściło gościnne miasto Lwów, kierując się w stronę Stryja. Nie obraliśmy prostej i bezpośredniej drogi, zanim dotrzemy do miejsca urodzenia Kazimierza Nowaka, odwiedzimy jeszcze Sambor i Drohobycz, gdzie spotkamy się z Polakami i Ukraińcami zainteresowanymi naszą wyprawą i historią Kazimierza Nowaka.

Pół niedzieli spędziliśmy na rozważaniach jaką trasę powinniśmy obrać, by na 19:00 zdążyć do Domu Polskiego w Samborze – skutek był taki, że zdecydowaliśmy się nie jechać główną drogą ze Lwowa, ale przejechać nieco bokiem, przez mniejsze miejscowości i wioski, tak aby nieco zobaczyć tej „innej” Ukrainy. Zamiast 70 km musieliśmy więc dziś pokonać około 90. Początek był doskonały, wyjazd z miasta bardzo sprawny, Kazik poprowadził nas bezbłędnie na budujący się jeszcze fragment dwupasmowej drogi, którym udało nam się dojechać na obrzeża Lwowa. Mieliśmy ze sobą trzy różne mapy i co jakiś czas któraś z nich nas okłamywała. Lepiej chuchać na zimne niż nadrabiać kilometrów. W drodze do Samboru koniecznie chcieliśmy odwiedzić miejsce pochowania hrabiego Aleksandra Fredry w kościele Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Rudkach – zanim jednak tam dotarliśmy „skróciliśmy” sobie trasę o przeprawę w poprzek zaoranego pola. Nie dlatego bynajmniej, że lubimy wchodzić w szkodę, ale dlatego, że szlak, którym się poruszaliśmy – dodam: szlak, który był całkiem dobrze oznaczony na dwóch mapach – skończył się nagle na skraju przeoranego pola… Jak się później okazało, w linii prostej, po około kilometrze, droga ciągnęła się dalej, a to po czym przejechaliśmy, było niczym innym jak szutrówką, tyle, że potraktowaną odpowiednim urządzeniem przez rolnika… Mieliśmy więc nieco pchania rowerów „na Nowaka” – ale nikt nie mówił, że będzie łatwo! Dzień się niebezpiecznie szybko miał ku końcowi, a nam sił wcale nie przybywało – ostatnie 15 km do Samboru pokonaliśmy już po zmroku, spóźniliśmy się na pokaz, ale i tak kilkanaście osób wytrwale czekało na „nowakowych wędrowców”. W Domu Polskim przyjęto nas uroczyście i z honorami. Po pokazie Ania musiała wracać do Lwowa, pozostała piątka zległa w różnych miejscach sali konferencyjnej. Byliśmy bardzo zmęczeni, dzień dał nam nieźle w kość, także naszym rowerom – Kasprowi posypał się bagażnik, a tylna opona w rowerze Ulli przypominać zaczęła moskitierę. Ubytki w zewnętrznej gumie były na tyle znaczne, że rano musieliśmy poszukać sklepu rowerowego i wymienić oponę.

Od początku etapu przez Polskę i Ukrainę nie było takiego dnia by deszcz opóźnił czy uniemożliwił jazdę, nigdy nie było sytuacji, że od rana padało, czasem jakaś burza zlała rowerzystów. Wtorek rozpoczął się dla nas bardzo zaskakująco – w nocy przeszedł front z intensywną burzą, a od rana siepał chłodny deszczyk. Nieciekawa pogoda, ale na szczęście mieliśmy dziś tylko nieco ponad 30 kilometrów do Drohobycza, w tym kilkukilometrowy odcinek do Strzałkowic, gdzie zamierzaliśmy odwiedzić polski kościół. Dojechaliśmy pod parafię nieco mokrzy, ale w świetnych humorach. Nie zastaliśmy nikogo, więc, mając sporo czasu, zatrzymaliśmy się na krótkie rozważanie w pobliskim sklepie – zadzwoniło Radio Szczecin i pierwsze kilka minut rozmowy zajęło mi tłumaczenie, że wbrew wcześniejszym ustaleniom nie będziemy rozmawiać o doskonałej pogodzie na Ukrainie. Tuż przed 13-tą ruszyliśmy dalej. W pewnym momencie po prawej stronie drogi (nr P-39) zauważyliśmy niewielkie stado strusi, postanowiliśmy spędzić na tej farmie kilka minut, myśleliśmy, że to jedyna okazja by podczas europejskiego etapu Afryki Nowaka sfotografować afrykańskie zwierzę. Bardzo się zdziwiliśmy, gdy okazało się, że istnieje tam „mini zoo”, w którym oprócz strusi są także jelenie, bawoły, wilki, niedźwiedzie, a także… najprawdziwsze lwy! Nie za bardzo wiemy skąd pomysł, by te wszystkie zwierzęta tam trzymać… warunki były fatalne, niewolnicze, wyobrażam sobie, że w ten sposób egzystują zwierzęta cyrkowe, choć cyrku nigdzie obok nie zauważyliśmy…

Do Drohobycza droga jak ta sprzed Gródka Jagiellońskiego – usłana dziurami i nierównościami, w dodatku zaczęły się podjazdy. Takie po kilkadziesiąt metrów na odcinku kilkuset metrów, do 1,5 kilometra. Przestało padać, ale i tak byliśmy mokrzy, tym razem od potu…

Na pokaz przygotowany przez br Artura Deskę przyjechaliśmy w ostatniej chwili. Nie było co prawda projektora, ale poradziliśmy sobie z samym laptopem i dla kilkunastu osób, głównie polskich wolontariuszy i ich znajomych, zrobiliśmy kameralny pokaz w salce Caritasu. Zapewniono nam świetny nocleg na dwa dni u Pani Hali, z której synami się zaprzyjaźniliśmy. W Drohobyczu poznaliśmy też Jurę, miejscowego rowerzystę, który zasypywał nas pytaniami, nie dając możliwości skończenia odpowiadania na poprzednie… W środę wybraliśmy się z nim na krótką przejażdżkę po Drohobyczu, gdzie najważniejszym wydarzeniem było zaskakujące spotkanie z Panem Alfredem Shreyerem, ostatnim żyjącym w Drohobyczu uczniem Brunona Schultza. Mimo podeszłego wieku, Pan Alfred ujął nas swą energią. Bardzo zaciekawił się historią Kazimierza Nowaka, nie mógł uwierzyć, że społecznie odszukujemy śladów Polaka w Afryce, a teraz na Ukrainie. Dostaliśmy miły wpis do książeczki etapowej, a na koniec spotkania, przed klatką schodową do swego mieszkania, muzyk zaśpiewał dla nas a capella tango Artura Golda „Przy Kominku”.

Zauroczeni wzorową polszczyzną Pana Alfreda, dwa dni później postanowiliśmy zaprzestać używania w wypowiedziach kolokwializmów, wulgaryzmów i wyrazów obcego pochodzenia. Jeśli mieliśmy jakieś wątpliwości co do jakiego dopuszczalności wyrażenia, arbitrem stawał się Pan Alfred: „ale czy On by tak się wyraził”?

W środę pojechaliśmy na krótką wycieczkę do Truskawca. Sfotografowaliśmy kościół parafii rzymskokatolickiej pw. Wniebowzięcia NMP i pomnik Adama Mickiewicza w parku. Truskawiec słynie przede wszystkim ze źródeł wód mineralnych, w tym słynnej przed laty i teraz „Naftusi” – każdy z nas oczywiście spróbował tej wody-cud, „wspominaliśmy” ją aż do wieczora…

W czwartek mieliśmy dojechać do mety etapu 21. – do rodzinnego miasta Kazimierza Nowaka, Stryja. Zanim jednak się dobrze rozpędziliśmy, mniej więcej po 100 metrach Kazikowi wybuchła opona! To kolejna ofiara ukraiński dróg. Na szczęście całkiem niedaleko znajdował się serwis rowerowy do którego poprowadził nas Dima, jeden z synów Pani Hali. Dalsza droga to już prawie formalność, czuliśmy, że to już niemal finał naszej polsko-ukraińskiej przygody. Pokonaliśmy dystans niecałych 30 km w iście spacerowym tempie, tak niefortunnie, że na kilka kilometrów przed Kulturalno-Oświatowym Centrum im. K. Makuszyńskiego dogoniła nas chmura pełna wody. Sporo wlało się nam za kołnierze i do butów! Trochę spóźnieni dojechaliśmy do miejsca prezentacji dla uczniów ukraińskiego liceum, które w ostatniej chwili zorganizowała dla nas niezastąpiona Julia Bojko. Pokaz wyszedł fajnie, ale bariera językowa była jednak widoczna – na twarzach zgromadzonych często pojawiał się grymas niezrozumienia… Na piątek zaplanowaliśmy kiludziesięciokilometrową wycieczkę po okolicach, które bardzo lubił odwiedzać Kazimierz Nowak, pogoda jednak nie zapowiadała się najlepiej. Musieliśmy więc znów rozważyć kilka scenariuszy, by w razie niepogody zagospodarować pożytecznie przedostatni dzień etapu.

3 komentarzy / responses to “Bezdroża, wilki, strusie i lwy, czyli ukraińska codzienność.”

  1. norberts says:

    mistrz jest tylko jedna!hihi

  2. Kiel says:

    Norbert, zupełnie nie rozumiem dlaczego w relacji pominąłeś wyniki konkursu na mistrza poprawnej polszczyzny ;p

  3. S. says:

    Etap 21 już się zakończył czy nadal w toku?

Design: ITidea
Hosting: Seetech - Wdrożenia Microsoft Dynamics NAV