Etap 20. – relacja szósta: Magia. Po prostu CZAD!

Doba – Lai

Podróż asfaltem to luksus nie do przecenienia, zważywszy na warunki towarzyszące nam wcześniej. Ale tak naprawdę, to i tak mieliśmy do tej pory dużo szczęścia. Chodzi o deszcz. Po rozmokniętej gliniastej drodze jedzie się bardzo źle, a czasem jest to wręcz niemożliwe, czego doświadczyliśmy w drodze do Iro. Tymczasem ostatnio deszcz nas omija. Widzimy jak się chmurzy, nawet błyska, ale nie pada. Czasem wjeżdżamy na drogę, gdzie padało dwa dni temu i ta zdążyła już wyschnąć na tyle, że jest jako tako przejezdna. Dlatego posuwamy się dość szybko i bez większych przeszkód. Ale cały czas zdajemy sobie sprawę, że to się może zmienić w każdej chwili. Ale nie wywołujmy wilka z lasu.

W Doba niestety Internetu nie ma, jemy śniadanie przy głównej ulicy. Jakie pyszne to mleko! Jakie słodziutkie! (Kasia) Jaka aromatyczna kawa! (Ja) Szkoda, że słodka jak ulepek… (Andrzej). Jedzenie na każdej rowerowej wyprawie jest niezwykle ważnym tematem. O afrykańskim jedzeniu najczęściej mówi się jako o mało wyszukanym, urozmaiconym, dość tłustym i trudno się z tym nie zgodzić. Jednak z drugiej strony każdy znajdzie coś dla siebie dobrego. Ulla, która w moich oczach jest niemal fanatykiem zdrowego żywienia, zachwyca się tutejszym jedzeniem, przy czym nie tyle jego smakiem, co niskim stopniem przetworzenia. I z tym też trudno się nie zgodzić. W Afryce tylko kilka krajów posiada przemysł przetwórczy. Czad do nich nie należy.

Kawałek za Dobą na małym rondzie zjeżdżamy na Lai żegnając asfalt na kilka kolejnych dni. Jedzie się jednak bardzo przyjemnie, wioska za wioską, zauważamy zmianę architektury domów. Nie są już okrągłe, tylko kwadratowe. Ale budulec ten sam i krycie dachów strzechą także. Z mapy wynika, że posuwamy się wzdłuż rzeki Logone. Wystarczy odbić kawałek w lewo i powinniśmy ją zobaczyć. Jest już pora na przerwę obiadową – postanawiamy spróbować. Wbijamy się ścieżką między poletka kukurydzy, kawałek stromej ścieżki w dół, są ślady kopyt krów, na pewno schodzą tędy do wodopoju. Nie mylimy się, jest rzeka i dogodne zejście. Kąpiel!

Woda przyjemnie chłodzi, nikt nie narzeka na mętny kolor. Nasza obecność nie uchodzi uwadze mieszkańcom wioski z drugiej strony rzeki, po chwili mamy całkiem spore towarzystwo. To doskonała okazja na zrobienie świetnych portretów – Kasia jest w tym już prawdziwą specjalistką: oswaja najpierw gawiedź z aparatem fotografując siebie, potem na wyświetlaczu pokazuje efekt. I już po chwili każdy pozuje z zachwytem. Chwilę później Kasia z Ullą próbują utrzymać misy na głowie, tak jak tutejsze dziewczyny. Oczywiście nie da się tego nauczyć w 5 min, ale zabawa jest przednia, Czadyjki śmieją się niemożliwie.

Na koniec, po naszych śladach przychodzi pewien starszy mężczyzna. Wysoki, szczupły, wita się serdecznie, ale na jego twarzy dostrzec można troskę. Po chwili uprzejmej rozmowy przechodzi do meritum: „Przyszedłem tu za Wami z sąsiedniej wioski, przez którą przejeżdżaliście. Chciałbym Wam o czymś powiedzieć. To dla nas bardzo ważna sprawa. Jesteśmy rolnikami, uprawiamy ziemię. To nam wystarcza, niczego więcej nie chcemy, od nikogo nie oczekujemy żadnej pomocy. Ale są ludzie, którzy nas niszczą. To hodowcy bydła. Przepędzają swoje stada krów przez nasze pola i niszczą nasze uprawy. Mamy z nimi konflikt od zawsze. Budzimy się rano i widzimy nasze zniszczone uprawy. Nie pomagają żadne interwencje. Oni są muzułmanami, my jesteśmy wyznawcami Jezusa Chrystusa. Nasz rząd jest po ich stronie – nie możemy nic zrobić. Zatem zwracam się do was, jako do ludzi z zewnątrz, czy moglibyście przekazać naszą skargę odpowiednim władzom, może was wysłuchają. Bardzo was proszę, pomóżcie nam, żebyśmy nie głodowali…”

Nie zdecydujemy się na interwencję w N’Djamenie, ale przekażemy sprawę wyżej, na arenę międzynarodową, do polskiej opinii publicznej, co niniejszym czynię.

Nie chcieliśmy wracać z nad rzeki do głównej drogi tą samą ścieżką, wolimy pojechać na skos, i przeciąć ją w innym miejscu, aby nie podchodzić pod stromą skarpę. Ale pomysłu tego będziemy żałować już za chwilę. 6 km przyszło nam pchać rowery po piaszczystej ścieżce. Andrzej: jeszcze nigdy pot nie ciekł mi ciurkiem po nogach i rękach. Zmordowani po 1,5 godz w końcu docieramy do drogi, ale ta okazuje się równie piaszczysta i nie pozostaje nam nic innego jak przyjąć pozycję Kazimierza Nowaka z okładki książki Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd.

Dominik

14 lipca 2011 „Kolory Afryki”

Dzisiejszy dzień zaczął się fantastycznie i wesoło o godzinie 5.20. Świat był jeszcze skąpany w szarościach świtu kiedy zabrzmiały dwa słowa: „piąta dwadzieścia”. Nanosekundę później wszyscy siedzieliśmy wyprostowani, głęboki wdech, synchronizacja oddechu i…. tego poranka nasze zgranie, dogranie i synchronizacja osiągnęła doskonałość absolutną :-)))To były dwa słowa Dominika, naszego lidera, a my wszyscy zgodnie bez żadnego marudzenia, ociągania się i zbędnych pytań byliśmy gotowi na nowy dzień. Zaspaliśmy o całe 20 minut ;-))) I pierwszy śmiech dzisiaj. Co za karność! Bardzo nas rozbawiła ta sytuacja, lepiej niż w obozie karnym ;-))) Była to dla mnie noc odsypiania po poprzedniej trochę niedospanej. Sprawne zwinięcie obozu i śniadanko. Wróciliśmy do klasyki – kaszka mleczno ryżowa. Mi kaszko-wstręt już minął i smak bananowo-morelowy bezcenny 🙂 Poprzedni dzień upłynął nam pod znakiem piasku. I był to kolejny dzień, kolejne doświadczenie w Afryce, które zweryfikowało jakąś moją dotychczasową definicję. Tym razem definicję: ”piaszczysta droga”. Definicja została znacznie, a nawet ekstremalnie, poszerzona o „przepiaszczystość”!!! Podobnie było z błotem, patrz poprzednie relacje :-))) Troszkę obawialiśmy się wyjazdu z naszego obozu w buszu w ten bezkresny piasek. Jednak ku naszej wielkiej radości piaszczysta droga zmieniła się w przejezdną bardzo bardzo szybko. Ja odtańczyłam taniec radości na rowerowym siodełku w czasie pierwszych kilku przełożeń. Znowu pedałujemy!!!! Wiatr we włosach!!!! Po prostu CZAD 🙂

Ale wracając do dnia dzisiejszego. Droga do Lai była doskonała, stawała się lepsza z każdym kilometrem. W małej wiosce przed Lai zatrzymaliśmy się na drugie śniadanko. W obliczu braku chleba i tak tu popularnych pączków, spożyliśmy skondensowane słodkie mleko i ciasteczka. Energia ponad wszystko ;-). Staramy się, ja w zupełności, spróbować wszystkich lokalnych specjałów i specyfików, no poza mięsnymi ….wegetarianizm jednak ogranicza ;-). I ku mojemu zaskoczeniu wszystko lokalne bardzo mi smakuje….. od buli z prosa, poprzez słodką zupkę z manioku i sorgo, skwaśniałe mleko, którym częstują nas ludzie Bororo po lokalne super kwaśne piwo z prosa (które serwowane jest w czarkach z tykwy, a pokryte jest szaro-burym fermentującym kożuchem, który wygląda zupełnie jak w oczyszczalni ścieków 🙂 Przed pierwszym łykiem zamknięcie oczu pomaga, wyłączony zmysł wzroku i odblokowany zmyśl smaku 🙂 Pychotka!!! Jednak ta afrykańska krew pra-matki w nas nadal płynie.

Afryka dla mnie to przede wszystkim kolory. Niezwykle często zmieniające się odcienie ziemi od intensywnie czerwonego, poprzez czarny, karmelowy po żółty piasek. Błękitne niebo mocno z tą ziemią kontrastujące. Zieleń niesamowicie różnorodna od trudnej, surowej zieleni roślin walczących od każdą kropelkę wody do niesamowicie soczystej zieleni łąk nad rzekami i pól ryżowych. Czarne niebo nocy, magicznie rozgwieżdżone. Cudowne to niebo widziane przez siatkę naszej moskitiery, nieskażone łuną miasta. Codziennie zasypiamy z księżycem pod powiekami 🙂 Czadyjczycy są pięknymi ludźmi w kolorze mocno gorzkiej czekolady. Skóra kobiet przepięknie wygląda ubrana w kolor zielony, od ciemnego po jasno-soczysty, dostrojona złotem biżuterii. I to złoto słońca tak mocno wzmocnione przez jego żar. Rzeka Logone za dnia brązowo-rdzawa, wieczorem rozzłocona zachodzącym słońcem. Fantastycznie upierzone ptaki od błękitno-chabrowego z metaliczny połyskiem, poprzez krwisto czerwone po cytrynowo żółte, a pomiędzy dostojeństwo hebanowej czerni dużych ptaków. Mało widzimy tu kwiatów, a jeżeli spotkamy pojedyncze są one skromno-kolorowe, może to nie czas kwiatów w Afryce. My również jesteśmy już bardzo kolorowi. Możemy się poszczycić profesjonalną opalenizną: łapki, nóżki i buzie mamy brązowo-oliwkowe, lub cynamonowe (zależnie od koloru wyjściowego 🙂 a korpusiki śnieżno białe :-)))

Ale wracając po raz kolejny do dnia dzisiejszego: Lai okazało się całkiem sporymi i bardzo sympatycznym miastem. Uzupełniliśmy w nim zapasy żywności: makaron, mleko w proszku, mleko skondensowane :-), fantastyczny lokalny chlebek (okrągłe, około 15 cm placuszki chlebowe, bardzo przypominające nam chleb turecki), czekoladowo-orzechowe smarowidło i dżem z arbuza!!!!!!Fantastyczny i przepyszny, ale w określeniu jego smaku etykietka niezwykle pomocna :-))) Zatrzymaliśmy się na lunch z naszych nowych smakołyków w przemiłym pubie. Bardzo zimne piwo i Coca-Cola!!!! I podobno pyszny kurczak. Zaznaczyliśmy to miejsce na GPSie „Wyżerka w Lai” Mocno polecamy :-))) Potem jeszcze pieczątka pamiątkowa do książeczki-pałeczki w Ratuszu i w dalszą drogę w stronę Kim, gdzie będziemy jutro poszukiwać miejsc sfotografowanych przez Kazika N. W Lai spotkaliśmy trójkę Hiszpanów, którzy pomagają sierotom – dzieciom ulicy w Czadzie. Jakie to niesamowite przeżycie spotkać białego w Czadzie, naprawdę!!! A całą trójkę to już SZOK! Zaczynam coraz bardziej rozumieć miejscową ekscytację na nasz widok :-))))) też miałam ochotę zacząć piszczeć i biec za nimi ;-))))) Z jedną z Hiszpanek bardzo ciekawie porozmawiałam (po angielsku). Mnie od początku zachwyca fantastyczne współistnienie religii w Czadzie. Już na samym początku kiedy przemieszczaliśmy się z N’djameny do Gore autobusem. W środku niczego autobus zatrzymał się i kierowca oraz kilku pasażerów wysiedli, poszli obmyć stopy do pobliskiego jeziora, rozłożyli dywaniki modlitewne i odprawili swoje muzułmańskie modlitwy. A pozostali mieli chwilę dla siebie. PIĘKNE. Moja rozmówczyni powiedziała mi, że w Czadzie bardzo często jeden brat jest katolikiem, a drugi muzułmaninem, a obaj odmawiają modlitwy katolickie. W końcu, Bóg jest jeden, nieprawdaż???!!! Piękna tolerancja, piękna wiara:-)

Droga za Lai była nadal doskonała. Zmieniała się co prawda w rzekę na pewnych odcinkach, w końcu to szczyt pory deszczowej :-), ale cały czas były zastępcze dróżki-objazdy 🙂 I tak dojechaliśmy nad brzeg rzeki Logone, gdzie rozbiliśmy nasz dzisiejszy obóz. Piękny zachód afrykańskiego słońca nad rzeką. Szybko umykająca rozgrzana czerwona tarcza.  My z Andrzejem rozbiliśmy naszą moskitierę na środku rzeki na bezludnej wyspie-łachu. Było troszkę przeprawiania się po pachy w wodzie, ale mamy swoją prywatną wyspę. Bezcenne :-). Kasia i Dominik zostali na stałym lądzie. Jest pełnia księżyca. MAGIA. Po prostu CZAD 🙂

Macham mocno z Czadu,

Ulla

….i zachwyca mnie niesamowicie szczera i spontaniczna radość Czadyjczyków. Kobiet i mężczyzn. Dzieci i dorosłych. Spotykani ludzie na uśmiech od razu odpowiadają pełnym szczerym uśmiechem.  Nie hamują swojej radości 🙂 My nie pozwalamy sobie na tak szczery śmiech, na publiczny płacz ze śmiechu, złożenie się w pół, klaskanie lub klepanie się po brzuchu ze śmiechu :-))) Tak łatwo i przyjemnie śmieje się wśród Afrykańczyków, choć pewnie śmiejemy się z zupełnie innych rzeczy :-)))

Z uśmiechem z Czadu

U.

4 komentarze to “Etap 20. – relacja szósta: Magia. Po prostu CZAD!

  1. Karolina pisze:

    AAA szukalam relacji siostry i juz przegladajac strone wiedzialam, ze ta usiana ‚usmieszkami’ jest jej…:-)
    Bardzo mnie ciekawi to jedzenie- ciekawe jakbym zareagowala 🙂

  2. nyami.nyami pisze:

    Ulla, świetna relacja! Przeczytałam z uśmiechem, powinnaś była częściej się odzywać 🙂

  3. Anna pisze:

    super ciekawa relacja, znać talent literacki. Powodzenia!

  4. Robert pisze:

    Znakomita relacja! Można poczuć smaki, zapachy, kolory, Wasze wrażenia i odczucia – bezcenne. Myślę, że po takich opisach Czad zyska bardzo wielu nowych turystów, sam chciałbym być wśród nich… 🙂

Design: ITidea
Hosting: Seetech - Wdrożenia Microsoft Dynamics NAV