| ETAP 0 | UADI TOUR - Libia | PRZERZUTKA Z SAHARY - Libia 2 |
| 40 WIEKÓW PLUS DWA (KÓŁKA) - Egipt |
1 grudnia 2009, BOGINI TUAREGA
BOGINI TUAREGA
(1 grudnia 2009, Casillero del Diablo)
Na gmaszysku zamku diabła skamieniałe stoją wieże.
Nocą, kiedy mrok zapada, z wież wychodzą tych żołnierze.
W świetle pełni księżycowym blask uchyla tajemnicy.
Zamku strzegą bezimienni tuarescy wojownicy.
Litham twarze ich okrywa, tylko oczy świecą w ciszy.
Srebrny telek przytroczony, zwycięstw licznych nikt nie zliczy.
Strzegą wiernie swej królowej. Co noc czujne stoją straże,
W zamku diabła, cieniem skrytym, w cytadeli na Saharze.
W licznych izbach tego gmachu płoną ognie nie palone.
Tu orężem zły ottoman wziąć Tin Hinan chciał za żonę.
Wśród strzelistych murów twierdzy próżno szukać głównej bramy
Zamek diabła, krwią zbroczony, nigdy nie był sforsowany
Diabłem zwali pokonani, finezyjny kwiat pustyni
Córkę dżina błękitnego, panującą w swej świątyni,
Tuaregom, lazur życia, Tin szlachetną krew oddała
Dumnym, zwinnym i magicznym, co indygo mają ciała.
Ich ojczyzna Atlantyda przez boginię Tin stworzona,
Niczym wyspa na Saharze w wodach piasku zatopiona
Tam w arkadii witalności życiodajna jest kraina,
Którą dojrzy tylko dusza, która wierzy w Tin i dżina.
Ciepło życia wiecznych piasków, gibkość rącza jak gazeli,
Głębia oczu nieugiętych, moc kamiennej cytadeli.
Tin bogini Atlantydy, będzie Twoją tylko wtedy
Kiedy w zwidzie zamku diabła dojrzysz żyzne życia uedy.
Mojej Habibi dedykuję
Piotr Sudoł
Litham – tuareski szesz, turban
Telek – tuareski krótki sztylet przytwierdzony skórzaną opaską do ramienia
Tin Hinan – legendarna królowa Hoggaru, która przywiodła Tuaregów na ziemie, które obecnie zajmują
Uedy – koryta pradawnych rzek na Saharze
23-26 dzień, 27-30 listopada, "Po co to wszystko?"
I po co to wszystko? Po co przez 13 dni zarzynamy się na pustyni? W palącym słońcu, w szalejącym i wyjącym przeraźliwie przednim wietrze, na podłożach kompletnie nie nadających się do jazdy na rowerze, usłanych kamieniami i głazami wszelkiej maści, po kostki w piachu lub grzęznąc w piaskowych pułapkach zapadniach. Po co nocna gonitwa za odlatującym w wichurze namiotem? Po co codzienne pisanie kroniki wycieczki na klawiaturze zasypanej piachem? Po co tysiące zdjęć wykonanych wiecznie majtającym się na piersi rowerzysty aparatem? Po co mordujemy własne ciała i umysły w zderzeniu z nieustępliwą naturą? Po co marzniemy wieczorami na kość – jak w epoce lodowcowej? Po co popękane usta i poobcierane stopy? Po co te wszystkie trudy?
Po to właśnie, żeby zrozumieć istotę wielkości czynu nieprawdopodobnego w swym wymiarze. Po to, żeby nie przejść obojętnie obok tej wielkości. Po to, żeby dogłębniej zrozumieć jej strukturę i istotę.
Kazimierz Nowak, sam, ze stalowym rowerem bez przerzutek, tobołami z jedzeniem i ekwipunkiem, zdany tylko na siebie, z olbrzymią wiarą w opatrzność, z pałatką jakąś lichą zamiast namiotu, siekany deszczami i wichurami, skuwany porannym lodem, śpiący na rozgrzanym na żarze ogniska kamieniu, kierując się gwiazdami, przez przestworze ziemskie tak wspaniałe, jak okrutne – podążał, by wypełnić swoje przeznaczenie.
W miesiąc pokonał odcinek Ghadames–Ghat, odcinek, gdzie wszystkie planety układu słonecznego mają swoje pejzaże. Przez wybetonowane solą dna pradawnych jezior, przez sierpowate przepaście gór piaszczystych, przez niekończące się żużlowiska hamad i serirów, w piaszczystych korytach rzek z epoki trzeciorzędu, poprzez skaliste wzniesienia i urwiska. Szedł sam i zachwycał się łykiem gorącej wieczornej herbaty i rozbijał kolejne pustynne obozowiska, radując się zapachem woniejącego ogniska. Szedł sam namaszczony, pchany jakąś potworną siłą, jakąś pewnością niewyjaśnioną. Niezłomnie parł do przodu, taki obrał w życiu kierunek i taki cel sobie wytyczył, za który właśnie życiem przyszło mu zapłacić.
Czy zrozumieliśmy? Wątpię. Otarliśmy się zaledwie o czyn ten nieprzeciętny. Konwojowani przez samochód, korzystający z udoskonaleń cywilizacyjnych w postaci profesjonalnego ekwipunku globtroterskiego.
Wiemy już, jak wonieje palone po zmroku ognisko z suchych jak wiór kolczastych raniących dłonie krzaków. Wiemy też, czym jest po ciężkim znoju dnia łyk gorącej, mocnej i słodkiej herbaty, przyrządzanej na żarze ogniska w mocno sfatygowanym metalowym imbryczku. Dowiedzieliśmy się, co to znaczy brnąć przez piach z rowerem wyładowanym tobołami. Wiemy też, jak to jest zasypiać pod gołym niebem usłanym tysiącem gwiazd. Znamy widok martwego wielbłąda i jego leżącego na piasku szkieletu wysuszonego ze skórą, mięśniami i ścięgnami. Znamy też refleksje, które się wtedy nasuwają. W naszych umysłach rozszerzyliśmy zakres pojęcia „bezmiar po horyzont”. Znamy uczucie pustki i osamotnienia, gdy przy księżycowej poświacie wyjdzie się z piaskowego zagłębienia na kamienisty płaskowyż i odejdzie na tyle daleko, by stracić z oczu wszelkie punkty odniesienia. Wrócimy bogatsi. Bogatsi o kolejną kartę życia, choć tych nie przeczytanych zostało tak wiele jeszcze. A Kazik? Cóż. Kazik nas cały czas bacznie obserwuje. Niechętnie wpuszcza do swojego królestwa. Już w Boruszynie pokazał, że musimy się liczyć z licznymi przeciwnościami aury. Pociera swoją zmierzwioną przez wichury brodę i śmiejącymi się oczami pobłażliwie roztacza przed nami takie zjawiska i widowiska, jakie tylko dusze niespokojne oglądać mogą.
A gdzieś tam na hamadzie, niewzruszony przez wieki, leżący samotnie, fioletowy głaz do połowy wbity w piach i żwir, pamięta jeszcze łysawą, przygarbioną postać pochyloną nad rowerem. Pamięta i tajemnicy tej pamięci zazdrośnie strzeże. Bo to jest właśnie tajemnica istnienia. Niezbadana ani przez Kazika, ani tym bardziej przez nas.
27 listopada 2009, Ramla Al Atshan
PIASZCZYŚCI CYKLIŚCI
(24-27 listopada 2009, Ramla Al Atshan)
Środkiem szlaku piaszczystego szli cykliści maszerując.
Pośród kształtów rozproszonych śladów śmiałka poszukując.
Pośpieszali jednoślady rozproszeni w świecie ciszy.
Pieśń o szczęściu nieśli w duszach, gdzieś, gdzie radość śpiewną słyszysz.
Szurał, trzeszcząc, szum ich podeszw. Rowerzyści zamaszyście
wśród piaszczystych płaszczyzn światła przemieszczali się ziarniście.
Wśród nicości szlifowali szczodrze szprychy ci cykliści
Saharzyści w świecie baśni! Myśli w szeszach szumny wyścig!
Przez ukośnych szczytów pościel i przepaście sierpowate
siedem wzniesień ukołysze, szklisty muślin da poświatę.
W suszy strasznej ośki piszczą, sztyce szarpią ekstremiści.
Świat uniesień szepce wiersze. W nich piaszczyści szli cykliści.
mojej mamie dedykuję
Piotr Sudoł
20-23 dzień, 24-27 listopada, "Inshallah"
24 listopada
Przed olbrzymimi wydmami jemy porządny obiadek i modyfikujemy rowery do walki z połaciami piasku. Dominik jako jedyny postanawia przejść ramlę z przyczepką. Przed nami olbrzymia 200-stu metrowa może wyższa potężna wydma, którą na szczęście mijamy z prawej. Znajdujemy się ponownie na rozłożystym płaskowyżu tym razem piaskowym. Idziemy z prędkością średnio 5,5 km/h prowadząc rowery bez bagażu, ze zdemontowanymi pedałami i nóżkami.
W takich warunkach kompletnie zmienia się postrzeganie. Każdy najmniejszy szczegół – jak kamień, centymetrowy krzaczek, ślad na piasku po żmiji lub bosej ludzkiej stopie – wydaje się niezwykle ważnym elementem krajobrazu. Piasek jest piękny, fantazyjnie pofałdowany i czysty. Na horyzoncie pojawia się kolejna potężna diuna. Zakładamy się jaki dystans w kilometrach dzieli nas od niej. Wygrywa Dominik obstawiając 3 km. Zresztą i tak nie doszacował o jakieś 700 metrów. Duże obiekty na takiej przestrzeni wydają się być znacznie bliżej niż w rzeczywistości. Na stokach wydmy kładą się ambientne cienie. Dominik stwierdza, że kształty diuny przypominają mu kobiece. Cóż, jest 20 dzień wyprawy, nasz fotograf chyba już wyposzczony. Przed samym biwakiem pojawiają się głębokie rowy. Zjeżdżamy w nie z opuszczonymi siodełkami i bez pedałów. Jak małe dzieci na 3 kołowych rowerkach z górki na pazurki. Kombinujemy nad usprawnieniami. Zamierzamy spuścić powietrze z opon, może dokręcić jeden pedał, zastanawiamy się jak zadziałałyby w tych warunkach rakiety śnieżne. Piasek ma naprawdę rudy wręcz pomarańczowy kolor i jest zaskakująco czysty. W ogóle nie pyli. Rozbijamy obóz w małej kotlince. Słońce chowa się za widnokrąg. To był naprawdę udany dzień. Wieczorem rozmawiamy o spadających meteorytach, które podobno najłatwiej odnaleźć na pustyni. Meteoryty są podobno koloru czerwono-czekoladowego i mają podziurawioną strukturę. Dookoła miejsca gdzie spadł meteoryt piasek jest spalony. Noc przynajmniej na starcie wydaje się być cieplejsza.
25 i 26 listopada
„Marszu potępieńców dzień drugi”– rozpoczyna miło dzień Zbyszek
Dwa pełne dni spędzamy przepychając rowery przez piaski. Pierwszy dzień był bardziej wymagający. Zbyszek kompletnie zatarł sobie nogi. Nakleił kilka plastrów. Szedł kawałek drogi boso. Ponownie nakleił plastry. Tym razem od strony podeszew. Potem pożycza sandały od Fadela i w nich już do końca drepcze przez piachy. Ja pierwsze 7 kilometrów przepycham rower przez piach ze zblokowanymi szczękami tylnego hamulca. Ot, miało iść ciężko, no to szło. Pierwszego dnia ukształtowanie trasy jest bardziej górzyste. Dużo trudnych podejść w kopnym piachu. Spuszczamy powietrze z opon. To ułatwia przepychanie. Dominik wynalazł sposób na zjeżdżanie z wydm siedząc bokiem na ramie roweru. Sposób taki jak damski sposób jazdy konno sprzed stu lat. Umiejętność tą rozwijamy do tego stopnia, że na jednej z ostatnich wydm postanawiamy rozegrać pierwsze mistrzostwa Polski w zjeżdżaniu z wydmy rowerem bez pedałów im. Kazimierza Nowaka. Wygrywa Dominik. Ciekawostka techniczna polega na takim rozłożeniu balansu na rowerze, aby dociążyć maksymalnie tylne koło powodując nie zagrzebywanie się przedniego w piachu. Przejeżdżamy przez 7 wielkich uadi. Różnice wzniesień są tam takie, że pozwalają staczać się rowerom z prędkością maksymalną 50 km/h. Siedząc bokiem!
Drugiego dnia pokonujemy więcej odcinków płaskich. Prowadzimy rowery komfortowymi przesuszonymi korytami pradawnych rzek. Fantastyczne formy skalne. Znowu raj dla geologów. Coraz liczniej występują fioletowe głazy. Czasami skrystalizowana sól jak mech całymi połaciami porasta dna wyschniętych rzek. Drugiego dnia mijają nas dwukrotnie wycieczki francuskich turystów. Podczas postoju pierwszej kopiuję 2 GB tuareskiej muzyki z samochodowego odtwarzacza mp3 kierowcy Land Crusiera owiniętego w fioletowy szesz i ukrytego za lustrzanymi okularami typu Sylwester Stallone. Od tej pory nieustannie będzie nam towarzyszyć rewelacyjna w tempie i przestrzeni muzyka zespołu Tinariwen. Gitarowe brzmienie zespołu połączone z nostalgiczną melodią muzyki pustynnej, głębokim i tajemniczym vocalem oraz atawistycznym pogłosem chórków tworzy niezwykle magnetyczne połączenie. Nasz ulubiony kawałek przywodzi mi na myśl powolny rytmiczny marsz karawany i opowiada w warstwie tekstowej, którą przybliżył nam Fadel, o dźwiękach pustyni, które możesz usłyszeć tylko wtedy, kiedy wewnętrznie się wyciszysz podróżując samotnie przez bezmiar piasków.
27 listopada
Powoli wyjeżdżamy z piachów. Nadal jedziemy bez przyczepek. Co prawda sygnalizowany przez kierowcę 10 kilometrowy odcinek opuszczania ramli ma finalnie 40 kilometrów, ale to już przestało na nas robić wrażenie. Pojawia się droga szutrowo-piaskowa. Tempo wzrasta i dojeżdżamy do pisty (drogi dojazdowej do campów wydobywczych). Właśnie w tym miejscu, na skrzyżowaniu dróg. Przy kałuży wody porośniętej trzciną w zagadkowym miejscu jak na pustynię, gdzie słychać szum sitowia na wietrze i szmer wody spotykamy się z grupą europejskich Land Roverów. Austriacy robią nam zdjęcia, żartujemy, częstują oryginalnym piwem Gossler w zielonych 0,5 litrowych puszkach! Piwo mi nigdy tak nie smakowało. I nie zawartość alkoholu była tu decydująca, bardziej chyba świadomość, że pijemy prawdziwe piwko z chmielową goryczką. W Libii 90 % napoi jest ulepkowata, co się potrafi szybko znudzić.
Po raz kolejny nocą na biwaku zostajemy ze Zbyszkiem sami. Dominik i reszta drugą noc z rzędu próbują samochodem dojechać do Awaynatu, żeby dać znać Polsce, że żyjemy. Jest niesamowicie cicho, samochód nie trzaska drzwiami, natarczywa muzyka arabska nie odciąga nas od naszych myśli, palimy ognisko, księżyc świeci bardzo jasno. Wychodzimy nocą z zagłębienia piaskowego, gdzie się rozbiliśmy na rozległy płaskowyż. Odchodzimy tak daleko, aby stracić obóz ze wzroku. Jesteśmy w nie przemierzonym „matrixie”. Tak jakby autor kreskówki umieścił nas na zupełnie czystym planie. Jedyny punkt odniesienia to zapamiętana na nieboskłonie gwiazda. Gwiazda przewodniczka pozwalająca odnaleźć drogę z powrotem do obozu.
23 listopada, KOLARZE NA SAHARZE
KOLARZE NA SAHARZE
(18-23 listopada 2009, Hamada El-Hommra i Hamada Tingarat)
W morzu żużlu żwawo dąży trzech kolarzy na Saharze.
W wirze żaru, w burzy wietrznej, ogorzałe patrzą twarze.
Płaskowyżem, gołoborzem rzutko bieży trzech kolarzy.
Każdy podróż w żyłach dzierży. Każdy przygód żądny wrażych.
W morzu krzemu bieżnik grzęźnie, żółty krążek żarem praży.
Na rowerze i z bagażem. W skwarze wrzącym żywioł smaży.
Ciężkozbrojni, krzepcy w krzyżach, jak rycerze, trzej kolarze.
Żaden życia nie przemierzy, wyrzekając się swych marzeń.
W morzu żwiru przemierzają ścieżki, wzgórza i wiraże.
I wjeżdżają, jak żaglowce, w starożytnych rzek pasaże.
Rowerzyści przestrzeń drążą. Drżące płożą się miraże.
Przez przestworza wyobrażeń. Trzej kolarze na Saharze.
Uczniom Gimnazjum im. Kazimierza Nowaka dedykuję
Piotr Sudoł
14-19 dzień, 18-23 listopada, Okrutna Hamada
Wyyyy-jeeee-żdżaaaa-myyyy z Ghadamesu…
Znowu utknęliśmy. Nie mogliśmy wyjechać z Ghadamesu. A to kierowca, który zapomniał telefonu satelitarnego, przymuszany przez nas, potrzebuje jeszcze dnia, żeby naprawić swoje gapiostwo. A to publiczna telewizja libijska chce jeszcze z rana skręcić z nami materiał. A to starszyzna komendy hufca z Benghazi rozpętuje wieczorem taką imprezę w schronisku młodzieżowym, że nie dosyć, że wyciągają nas z łóżek o godzinie 23.00, to jeszcze przy plemiennych dźwiękach tabli (tamburynów) oraz szalonym pisku zamary (piszczałki libijskiej) zapraszają nas do tańca kaska (radosnego tańca zwycięstwa wojowników) i proszą, żebyśmy ze Zbyszkiem zaprezentowali jakiś tradycyjny polski taniec lub pieśń?! Śpiewamy: „Sto lat” i bawimy się bez kropli alkoholu do 3 nad ranem z dwudziestoma leciwie wyglądającymi marabutami – harcerzami z Benghazi.
W końcu świeżutko ogoleni, bo zaliczamy jeszcze odwiedziny u miejscowego golibrody, wyekwipowani wyruszamy w drogę. Założenie jest takie, żeby spędzić maksymalnie 12 dni na pustyni.
Jak przeżyć 12 dni na pustyni, jadąc rowerem?
Najważniejsze na początek. Woda i jedzenie. Robimy następujące zakupy:
Woda butelkowana – 35 litrów (oczywiście ten zapas zamierzamy uzupełniać w studniach)
Makaron – 4 kg
Ryż – 4 kg
Mąka – 6 kg (będziemy w piasku i w żarze ogniska piec chleb – zwany kessera lub „hobza-trap”)
Mięso świeże – 4 kg
Tuńczyk – 3 puszki
Serki topione – 4 opakowania
Bułki bagietki – 8 szt.
Ogórek – 6 szt.
Cebula – 2 szt.
Czosnek – siatka
Cukier – 2 kg
Kawa – 100 gr
Oliwa – litr
Dżem i masło czekoladowe – duże opakowanie
Do tego mamy ze sobą:
Posiłki liofilizowane (porcja dla 2 osób) – 19 szt.
Batony energetyczne firmy Vitargo – 18 szt. Endurance Barów i 36 szt. Energi
Jeśli chodzi o ekwipunek wyprawowy, to uszczuplamy go trochę po informacji, że Fadel etapy pustynne odpuszcza. Rzeczy Fadela i niepotrzebne na etap pustynny wkładamy do samochodu. Mamy zatem świetne, lekkie i bardzo przestronne namioty Tatonki, lekkie śpiwory firmy Husky, bardzo funkcjonalne saki na wodę firmy MSR (łącznie 6 szt. po 10 litrów), kuchenkę na paliwo płynne i filtr do wody tej samej firmy. Zabieramy czołówki, GPS-a, kompas kciukowy, mapnik na kierownicę, komplet map, aparat, wszędobylską kamerę do ujęć dynamicznych firmy PlayExtreme, odtwarzacz MP3 z dyktafonem i słuchawkami, netbooka, kubko-menażki Tatonki, widelco-łyżki, dwa noże, folie NRC, kronikę wyprawy, biblię Nowakową, pieczątkę wyprawy, niedziałający terminal łączności satelitarnej (liczymy, że uda się go nam naprawić), plandekę brezentową 3 na 2 metry, rowerowy zestaw naprawczy przygotowany przez firmę Brennabor. Jeśli zaś chodzi o zestaw ubraniowy, to mój osobisty wygląda następująco: 2 pary majtek i T-shirtów bawełnianych, dwie pary majtek z wszytą poduszką firmy Nowatex. Zabieram również odzież antybakteryjną tej samej firmy, która zaskakująco nie przechodzi żadnym zapachem, czyli koszulkę „potówkę” (biały ażurowy T-shirt), 4 koszulki z krótkim rękawem i długim w wersji letniej i zimowej, długie obcisłe spodnie i kurtkę z windstoperem i logo wyprawy, spersonalizowane polo z reklamami sponsorów, dwie pary skarpet. W sakwach wiozę także dwie ciepłe pary skarpet, czapkę z daszkiem z „nakarczkiem”, buff (bezszwowy walec z materiału – czapka, chustka, szalik), okulary przeciwsłoneczne, spodnie z odpinanymi nogawkami, cieplutki polar firmy Bergson ze stójką, kurtkę wiatro- i wodoszczelną, obcisłe spodnie kolarki z długimi nogawkami, mały ręcznik z mikrofibry, krótkie stuptuty oraz goreteksowe buty z vibramową podeszwą i dokręconymi blokami SPD firmy Shimano.
Po zważeniu ciężar rowerów prezentuje się następująco: rower soute – 16,4 kg (w tym nóżka, ciężkie i niezawodne opony Nobby Nic firmy Schwalbe, torba podsiodłowa, pompka, licznik, bidon firmy Vitargo i bagażnik), bagaż na rowerze w dwóch sakwach - 18,4 kg, przyczepka firmy Extrawheel wraz z dwoma sakwami w wersji Dry lub z Cordury – 15,6 kg.
Wjeżdżamy w Hamadę, hamada wjeżdża w nas
Wiatry sieką wściekle, jedziemy przez olbrzymie „żużlowisko”. Wszędzie połacie żwiru, trzeszczącego, chrzęszczącego. Jest ciężko. Olbrzymie, chrupiące, kamienne rżysko iskrzące się w prażącym słońcu. Łańcuchy zaczynają trzeszczeć, łożyska skrzypieć. Każdy na swoim „Brenaborze”, pochylony nad kierownicą stalowego buldożera na potężnych bieżnikach, drąży korytarze w tym przestworze bez końca.
Hamada to tak naprawdę olbrzymi skalny płaskowyż leżący na wysokości 500-600 m n.p.m. Po tej otwartej przestrzeni, martwej i skalistej, praktycznie nieustannie przetaczają się niczym nie zatrzymywane masy powietrza pędzone przez wiatr z zawrotną prędkością. Szaleją sztormy i huragany. Czemu zawsze w kierunku przeciwnym do naszego kursu? Pozostanie to pewnie na zawsze zagadką. Cóż, jak mawiają, taka karma. Widoki na hamadzie są tak obce przybyszowi z Europy, że po kilku godzinach przemierzania tego niezmiennego krajobrazu przybysz ów zaczyna się cieszyć, że tlen i atmosfera są nadal obecne, bo reszta zmiennych nie wskazuje na obecność jakiejkolwiek formy życia.
Czasem dla odmiany wjeżdżamy w uadi, czyli koryto jakiejś dawno wyschniętej rzeki. Później znów brniemy przez totalne rumowisko żużlowe. Widok nie zmienia się przez kilka godzin wcale. Natomiast powierzchnia, po której jedziemy, jest na tyle twarda, choć wyboista, że poruszamy się naprawdę szybko. Żartujemy, że opisanie tego miejsca w barwny sposób powinno być zadaniem na zaliczenie dla studentów dziennikarstwa. Zbyszek mówi, że wygląda to tak, jak byśmy jechali przez pole uprawne ze skamieniałymi ziemniakami.
Pustynia potrafi zaskakiwać kolorami. Podłoże jest fioletowe, a podnóża i zbocza gór zielonkawe. Czasem podnóża gór są białe i wtedy wydają się być przysypane śniegiem lub obsypane solą, zupełnie jakby jakaś dawna karawana zgubiła tu swój ładunek. Im bardziej zbliżamy się do ramli, czyli miejsca, gdzie jest już tylko piasek, tym ciężej się jedzie. Piasek jest coraz głębszy. Na jednym z biwaków Zbyszek wjechał w tak kopny piach, że rower stał tam sam bez niczyjej pomocy przez całą noc.
Martwotę kamienistego krajobrazu urozmaicają nam dwie studnie, które odnajdujemy nie bez problemów nawigacyjnych. Studnie te znaczą szlak pustynnej przeprawy Kazimierza Nowaka i są wymienione w jego relacjach. Na naszych amerykańskich mapach pozycje geograficzne tych miejsc kompletnie się nie zgadzają. Natomiast ustalamy z tubylcami, których z rzadka spotykamy, gdzie dokładnie te studnie się znajdują. Pierwsza to Bir Amasin, położone w małej uroczej kotlince źródło wody z dwoma palmami, studnią i płytkim kamiennym basenem do pojenia wielbłądów. Woda jest tam bardzo czysta i lekko słonawa, czyli lepsza niż w opisach Kazika Nowaka (strona 41 książki, 4 wydanie). Rozbijamy się tam na wieczór obozem, kąpiemy z rozkoszą i wchodzimy na szczyt pobliskiego płaskowyżu, aby rozpoznać ukształtowanie terenu na kierunku kolejnego dnia jazdy.
Druga studnia, Bir In Azar, to pustynna studnia głębinowa wyposażona w wątpliwej urody trójnogi żuraw służący do wyciągania wody, która spoczywa kilka metrów pod powierzchnią ziemi. Nazwa Bir In Azar wzięła się od imienia legendarnego, nieżyjącego już, najbardziej znanego w tym rejonie Sahary marabuta, który właśnie w tym miejscu zbudował swoją pustelnię, aby zgłębiać wiedzę tajemną o dżinach i absolucie. Zaskakuje nas tylko wygląd i otoczenie tej studni, zupełnie niezgodne z opisami z książki (strona 43, wydanie czwarte). Woda jest zimna i smaczna. Zbyszek wyciąga ze studni parcianym sznurem pełną samochodową dętkę wody, która spełnia funkcję wiadra. Później, żeby nie marnować wody, przelewa zawartość dętki do metalowego koryta, które służy do pojenia wielbłądów.
Tego samego dnia wieczorem toczymy zaciekły spór z kierowcą eskortującej nas toyoty o kurs i tempo dalszej drogi. Zupełnie tak jak Kazik 78 lat temu darł koty z prowadzącym karawanę Alim, z którym, chcąc nie chcąc, przemaszerował większość odcinka Ghadames–Ghat. Jest nerwowo, amerykańskie mapy zawodzą, termin upływu ważności wiz nieuchronnie się zbliża, a Mohammed myli się w podawaniu odległości o jakieś pół dnia jazdy rowerem przez pustynię (30 kilometrów) i proponuje trasy, które na naszym GPS-ie rysują fantazyjne zygzaki. My chcemy iść bliżej granicy algierskiej, kierowca proponuje lepiej mu znany wariant z najkrótszym przejściem przez piaszczystą ramlę. Pomni doświadczeń Kazika, który w efekcie sprzeczki odłączył się od karawany, a potem pokornie do niej powrócił, w końcu ustalamy, że zaufamy Mohammedowi. Nie mogę mu jednak odpuścić ewidentnego zaniedbania związanego z brakiem telefonu satelitarnego, zwłaszcza że ten po 3 dniach zostaje nam na hamadę dostarczony. Jest tylko jeden szczegół – nie działa.
Następnego dnia przejeżdżamy przez coś na kształt wyschniętego jeziora, którego powierzchnia jest tak idealnie gładka, że udaje się nam nawet rozwinąć prędkość do 25 km/h. Ponownie zaskakują formy geologiczne. Mijamy pola kamieni o roślinnych kształtach – z daleka wygląda to jak nieregularne powyciągane z ziemi i rozrzucone czarne buraki. Kilka godzin później suniemy przez pola sterczących w górę minigłazików, które wydają się być jakby poukładane. Każdy kamyk leży osobno. Widzimy też kamienie w kształcie i o barwie kokosanek i tafle kamienne, mieniące się w słońcu jak potłuczona szyba. Po bliższym zbadaniu szyby okazują się być naturalnym, mlecznym, z rzadka przeziernym szkłem. Jedziemy przez krainę odwróconych górą do dołu i wbitych w ziemię lejków. Mijamy naturalne skalne kurhany i kopce, czasami gigantycznych rozmiarów. Wpadamy w piaskowe pułapki w postaci przysypanych świeżym piaskiem kolein po kołach aut terenowych. Sahara jest zaskakująco rozjeżdżona, natomiast bez wątpienia stanowi geologiczny raj dla znawców tematu (patrz Kuba Pająk). Czasami spod piasku wystają czarne jak węgiel skały, innym razem piasek jest twardy, bo nabity miliardami otoczaków w kolorach bursztynu i pochodnych. Sam piasek jest czasem biały, czasem czarny, potem płowy, znowu czerwony czy wreszcie fioletowy. Tylko niebo nad nami niezmiennie niebieskie…
Na 10 kilometrów przed wydmami piaskowymi zaskakują nas niesamowite widoki. Wjeżdżamy w scenerię z książek Tolkiena. Przed nami rysuje się złowrogi Mordor. Królestwo olbrzymich czarnych kopców kretów gigantów. Kopce zdają się być przyprószone solą u podstawy. W tle kopców rysują się majestatyczne wzniesienia z wąskim przesmykiem, przez który przejeżdżamy. Wzniesienia górują nad krajobrazem niczym warowne zamki, strzegące wejścia do świata olbrzymich barchanów piaskowych. Widoki są naprawdę nieziemskie.
Życie obozowe i jedzenie
Po całodniowym rowerowym wysiłku, który średnio dziennie zajmuje około pięć i pół godziny czystej jazdy, szukamy miejsc osłoniętych od wiatru, żeby rozbić namioty i zorganizować obozowisko. Zazwyczaj już zmierzcha. Jest godzina 18.00-18.30 lokalnego czasu. Szukamy małych i lichych krzaczków cierniowych, żeby rozpalić ognisko. Zbieramy je po drodze i wieziemy na bagażnikach rowerów. Przygotowujemy kolację. Jemy małą sałatkę warzywną ze wspólnej miski i ciepłe danie typu gulasz na bazie makaronu lub ryżu, doprawiane czosnkiem, cebulą i harisą (mocno pikantną pastą ze zmielonych papryczek pepperoni). W gulaszu jest też kilka kawałków mięsa. Mięsa, które najpierw ususzyliśmy, w ten sposób, że pocięte na wąskie paski kawałki przesuszaliśmy rozłożone na płasko wieczorem i w nocy na wietrze, a w dzień osłanialiśmy od słońca. Mięso po trzech dobach było gotowe do spożycia. Mięso z młodego wielbłąda zasuszyło się razem z tłuszczem, w baraninie i mięsie z kozy tłuszcz wyparował, te kawałki są twardsze i moim zdaniem smaczniejsze.
Po daniu głównym pijemy szaj – nektar pustyni – esencję z herbaty w kieliszkach z grubego szkła, gotowaną na żarze ogniska, w metalowych czajniczkach, imbryczkach z fantazyjnie wygiętym lejkiem, koniecznie z pianką uzyskiwaną w wyniku wielokrotnego przelewania herbaty z czajniczka do innego naczynia i z powrotem. Podanie herbaty bez pianki jest dyshonorem dla gospodarza i obraża gościa, do tego stopnia, że w relacjach damsko-męskich brak pianki traktowany jest jak przysłowiowa czarna polewka. W warunkach pustynnych słodki jak ulepek i bardzo mocny szaj jest naprawdę zadziwiająco krzepiącym napojem. W opcji do szaju kierowca czasami przyrządza nam również na żarze kawę z kardamonem parzoną w metalowym tygielku.
Po jedzeniu obowiązkowy pokot. Leżymy okutani w śpiworach. W kurtkach, polarach, czapkach – kto co ma ciepłego do ubrania. Hamada El Hommra to najzimniejsze miejsce w Libii, zwłaszcza zimą i nocą – opowiada Mohammed, kierowca eskortującej nas toyoty. Przy tej okazji dowiadujemy się, że Mohammed nie widział śniegu w Libii, pamięta tylko, jak padał grad. Było to jakieś 10 lat temu. Śnieg widział w Tunezji.
Z rana budzi nas zwykle przenikliwe zimno. Wstajemy skoro świt. Wokoło nas olbrzymie przestrzenie. Piękne w swej surowości. Nieopodal przysiada saharyjski Bohrer – czarny ptak podobny do kosa, z białym czepkiem na głowie. Ten ptak to zwiastun dobrego dnia – wyjaśnia Mohammed.
*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_
mail od Piotra Sudoła z 19 listopada 2009 r.
Temat: Żyjemy!!
Treść:
Po 6 dniach wyczerpujacej walki dojechalismy do Wielkich Diun Piaskowych.
Co drugi dzien mamy silny przeciwny wiatr.
Uksztaltowanie terenu jest coraz ciezsze.
Z dnia na dzien coraz bardziej grzezniemy.
Rowery waza 50 kilo z bagazem (20 litrow wody kazdy)
Fadel od 3 dni nie jedzie. Powiedzial natomiast I will never forget Kasimier Novak in my life
Diuny maja po 300 metrow wysokosci.
Plan jest taki, ze przekraczamy je w najwezszym miejscu to jest 60 km.
Bedziemy pchac rowery.
Noce coraz zimniejsze. Panoramy jak na Marsie, Wenus czy Ksiezycu.
Brak sladow zycia, ale jest tlen i atmosfera (mozemy chodzic bez skafandrow)
Temperatura w ciagu dnia nam sprzyja, widoki niesamowite, jestesmy zdrowi, rowery sie nie psuja.
Trzymajcie kciuki. (...)
A tak o tym odcinku pisał w styczniu 1932 roku Kazimierz Nowak:
7 stycznia 1932 r.
Maryś jedyny!
Wreszcie deszcz koło trzeciej nad ranem ustał, ale za to mróz chwycił silny i wszystko lodem pokrył i szronem. Ledwo doczekałem ranka, na wpół zmarzły. I teraz zimno, mimo że słonko świeci i że już godz. 11. Za chwilę odmarsz. Napiszę jeszcze pocztówkę do Ciebie – może ją w Gadames wrzucą do skrzynki dwaj Tuaredzy, którzy też dziś do Gadames ruszają. Pocztówkę tę wysyłam bez numeru koresp. – nie jestem bowiem pewien, czy dojdzie rąk Twoich.
Stary Ali chory – dobrze, że apteczka moja dość bogata i że mam opium. Stary wił się w boleściach – naturalnie przyczyną wczoraj gotowane mięso, które okryte lodem zajadał dziś rano. Ale teraz mu lepiej, oczy aż weselsze, i ciągle dziękuje mi za lekarstwo. W ogóle jestem lekarzem obozowym. Leczę nogi i ręce towarzyszy moich wodą utlenioną, jodyną i wazeliną. W zamian za to w nocy przykrywa mnie troskliwie jak ojciec stary Ali, a Mahomet rozpala ognisko i gotuje mąkę. I jak widzisz, Maryś, wcale mi nie źle na pustyni – wesoło nawet w chwilach, kiedy nie mam czasu myśleć o Was. Ale gdy pomyślę, że Wam może zimno, że głodni jesteście może, to aż coś za serce ściska, aż boli – a tak bym chętnie z pomocą pośpieszył. Lecz jak? Jak, Maryś? Żebym ja wiedział! Ale czas pakować rzeczy i w drogę, w imię Boże! Pa. Całuję mocno!
7 stycznia – noc
Maryś moja!
Noc taka cudowna – piękna afrykańska noc pustynna. Wiatr ucichł, gwiazdy nisko wiszące tak filuternie migają – znak, że nocą silny mróz chwyci. Od dziś nie będę miał dokładnego czasu, stanął mi bowiem zegarek, ale już dawno zgasła piękna, duża „Gwiazda Zachodu”, u nas w Polsce niewidoczna, a gaśnie mniej więcej około 8-mej wiecz. Ciekawa ta gwiazda, towarzyszka mych nocnych wędrówek po Afryce. Ani się wierzyć nie chce, że to gwiazda – spaceruje sobie raz w lewo, to w prawo, a w końcu opadnie trochę i znowu w lewo, w prawo, po prostu spaceruje sobie. O! – dużo tu już nowych gwiazd. Niedługo już „Krzyż Południa” zobaczę. Za to naszych polskich gwiazd już nie widać – zwłaszcza „Wielkiego Wozu” już odnaleźć nie mogę.
I tak powoli oddalam się od Was – coraz bardziej, coraz dalej, a gdy na mapę spojrzę, wierzyć mi się nie chce, że Boruszyn tak daleko! A mnie się ciągle zdaje, że kroków parę od Was jestem.
Dziś dzień był jasny, zimny. Rozbiliśmy obóz o zachodzie słońca – drzewa dość i wodę znaleźliśmy w jakiejś kotlince. Błoto raczej, ale zawsze „girby” znowu pełne, a już wody nie było wcale, a do studni daleko jeszcze, daleko.
Namiot rozbiłem z trudem, ale jakoś stoi. Za to wkopałem w ziemię kupę węgla z ogniska – ciepło i miło, no i posłałem sobie wygodnie, a przez dzień wszystko dobrze wyschło. Spać będę dobrze i wygodnie całkiem. Czuję się naprawdę zdrów i wesoło mi nawet na duszy. Dlaczego – ani nie wiem. Może Wy ciepło dziś macie i może Wam nie głodno! Ja dobrą wieczerzę dziś miałem. Jak co dzień gotowana mąka, no i gulasz do tego z gazeli, której kawał dostał dziś stary Ali od tych Tuaregów, którzy do Gadames zabrali kartkę do Ciebie. Potem herbata – no i jeszcze są papierosy! Gdybym mógł tu zarabiać, niespieszno by mi było do ludzi ani do tego Gat, do którego zdążam.
Pustynia jednak ma urok – czaruje wprost, zachwyca. Pomyśl – wszystko, to jest nasz bagaż, potem wielbłądy rozprószone po pustyni – nikt nie pilnuje niczego, a jednak wszystko rano na tym samym miejscu. A do tego ta boska cisza, czar nocy pustynnej, ognisko, a przy nim w białym stroju dobry stary Ali i jednooki Mahomet – Tuareg, ale białej cery. Głupi, ale dobry chłopak. Ale Pa! Dobranoc! Całuję wszystkich po kolei.
Wasz Kazimierz
20. stycznia 1932 r.
Znowu jeden trudny dzień podróży przez pustynię piaszczystą. Cały dzień drapałem się na szczyty pagórków i gór piaszczystych. Widoki naprawdę przepiękne, ale chwilami brakowało sił. Ali też dziś mnie wyprzedził o jakieś 2 godz. ze swymi wielbłądami, ale skorzystał z tego i słońce wysoko jeszcze było, a on już się rozłożył obozem. Pokłóciłem się z nim na dobre i powiedziałem, że takiej wymówki, jaką dziś przerwał drogę, więcej nie chce słyszeć. Ma iść tak długo, jak możliwe, a ja – zwłaszcza w piasku – mam przecież drogę znaczoną i nie zginę. Zresztą kierunek znam i orientuję się całkiem dobrze. Nie zginę w pustyni – chyba z głodu – a do tego doprowadza to żółwie posuwanie się Alego – i w końcu sytuacja stanie się krytyczna. A już jest bardzo, bardzo krucho – ¼ porcji zaledwie, i to z biedą na tydzień starczy – a szmat drogi przede mną! Dobranoc, ale śpijcie z Bozią – Całuję mocno! Pa!
Maryś – Marychno!
Tak bezbrzeżny smutek owładnął mą duszę i tak okropnie ciężko mi na sercu, że ani pisać nie umiem, tym bardziej że jestem śmiertelnie zmęczony. Oddaliłem się rano od karawany – i zbłądziłem w tym hadi Amenenad (koryto rzeki). Powodem dzień pochmurny i kształt stonogi tej całej hadi Amenenad. Trudno – pozostało jedno – cofnąć się śladem roweru tak daleko, aż znajdę ślad. Rzecz trudna, bo koryto rzeki piaskiem zasypane, a ja na rowerze mam całą żywność i w ogóle bagaż, dużo – choćby na dobrą szosę. Ot, palnąłem głupstwo, oddalając się od karawany. Myślałem, że dobrze robię.
Ot – wieczorem ślad się urwał. Chcąc znowu nie zbłądzić, pozostało jedno – rozbić namiot, gdzie Bóg dał i odpocząć po trudnym dniu. Drzewa ani kawałka w całej okolicy, pustka, czerń nocy – sam jeden na bezbrzeżnej pustyni. Niewesoło, Maryś – niewesoło!
Pa! Dobranoc! Z Bozią zostańcie!
11-13 dzień, 15-17 listopada - Gadames
„U wrót Sahary”
15 listopada wczesnym rankiem opuszczamy Derj. Przed nami dokładnie 101 km do słynnego Ghadamesu. Miasta owianego legendą, miasta otoczonego pustynią, miasta znanego jako miasto tranzytowe większości saharyjskich karawan podróżujących na liniach północ-południe i wschód–zachód i wreszcie miasta zwanego „Bramą Sahary”.
Przed nami aż sto kilometrów, ale tym razem nie martwi nas to tak bardzo. Ostatnie dni pozwoliły nam poczuć się silniej. Znaleźliśmy swój rytm. Wsiadamy na rowery wczesnym rankiem. Tuż po wschodzie słońca poranny chłodek jest więcej niż odczuwalny. Narzucamy spore tempo i błyskawicznie się rozgrzewamy. Przed nami ponownie niewiarygodna przestrzeń. Długie zjazdy i roztaczająca się panorama płaskowyżu wyraźnie poprawiają humory. Podświadomość śpiewa: „I believed I can fly. I believed I can touch the sky”. Mkniemy „betonówką”, aż serce rośnie.
Pierwszy stop po ok. 30 kilometrach. Dominik chowa się za usypany z kamieni kurhan po lewej stronie szosy, my ze Zbyszkiem grzebiemy butami wśród kamieni po prawej stronie. Szukamy skorpionów na płaskiej jak blat stołu powierzchni hamady wykafelkowanej płaskimi kamieniami. Czwarty odrzucony kamień i proszę bardzo – jest! – drobnej budowy krabik z kolcem jadowym przypomina o czekających na pustyni niebezpieczeństwach.
Kolejny stop to sesja fotograficzna na sporych rozmiarów wydmie piaskowej, które coraz liczniej pojawiają się na naszej drodze. Chwilę później nie planowany przystanek spowodowany przechodzeniem przez drogę stada wielbłądów. Niesamowity widok dostojnie kroczących jednogarbnych wielbłądów w ilości około 50 sztuk i dwóch rycerzy pustynni – ubranych w ciemno granatowe szaty - Tuaregów pośpieszających zwierzęta.
I w końcu, choć ostatnie 20 kilometrów daje nam w kość, dojeżdżamy do Ghadamesu. Codziennie najtrudniej jeździ się pomiędzy 14.00 i 16.00. Słońce pali wtedy okrutnie, powietrze jest ciężkie i zdaje się nieruchomieć, aż strach pomyśleć jakie warunki panują tu latem o tej porze dnia. W Ghadamesie jesteśmy ok. godziny 16.00 czyli plan wykonany. Przed zachodem słońca mamy jeszcze dwie godziny na niezbędny rekonesans. Zaczynamy od biura informacji turystycznej, które okazuje się być posterunkiem policji turystycznej. Wewnątrz ubrany w krawat funkcjonariusz siedzący za ustawionym centralnie biurkiem informuje nas, że żeby opuścić miasto i pojechać choćby 5 km na północ w kierunku granicy z Algierią do słonego, wyschniętego jeziorka (lokalnej atrakcji turystycznej) potrzebne jest specjalne urzędowe pozwolenie. Po prawej stronie biurka siedzi zdrowo przesuszony mundurowy stójkowy mocno zaawansowany w latach z wyciągniętą do przodu szyją jak u stuletniego żółwia i niemo wpatruje się w dal. Ot, pustynia zamieszkała na stałe w jestestwie funkcjonariusza i żaden, nawet najbardziej cudaczny rowerowy turysta, nie jest w stanie wytrącić go ze stanu wiecznego medytacyjnego skupienia.
Ku ogromnemu zdziwieniu policjantów informujemy, że poza miasto się nie wybieramy, więc żadnych pozwoleń nie potrzebujemy. Przychodzi nawet kolejny najstarszy rangą funkcjonariusz i zasadniczym tonem jeszcze raz informuje, że potem nie będzie odwrotu – pozwolenie można załatwić teraz albo wcale. Dziękujemy pięknie, żegnamy się i ruszamy w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Najstarszy rangą żegna nas po polsku: „Dzień dobry” i „ Dziękuję” (?!).
Jeszcze tego samego dnia jemy młodą „wielbłądzinę” z kuskusem, poprzedzoną pikantną zupą z harisą czyli lokalnym przysmakiem będącym pastą z czerwonych papryczek pepperoni. Na deser miękkie i soczyste daktyle. Robimy rekonesans po mieście. Wymieniamy Euro na dinary po kursie 1Euro = 1.78 Dinara. Na banknotach ojcowie narodu czyli oczywiście Muamar Kaddafi oraz Omar Elmokhtar – przywódca, który poprowadził naród libijski do zwycięskiej walki o niepodległość spod protektoratu kolonizatorów. Na rewersie banknotu jedno dinarowego nowy, bajeczny meczet w Ghadamesie z dwoma strzeliście zaprojektowanymi minaretami (wieżami). Architektura tego obiektu, finezja stylu i pieczołowitość detali jest godna podziwu. Zwłaszcza wieczorem, kiedy jeździmy „brenarowerami” po mieście, podświetlony z rozmachem meczet robi niezwykłe wrażenie.
Resztę dnia spędzamy w kawiarence internetowej – śląc relacje, załatwiając dziesiątki spraw organizacyjnych dotyczących naszego i kolejnych etapów afrykinowaka.pl. Śpimy w schronisku młodzieżowym, które oferuje podstawowe warunki bytowe. Dla nas jest to jednak hotel czterogwiazdkowy z 70-cio metrowej wielkości salą spotkań dekorowaną na styl arabski, ze wspaniałą ciepłą wodą lecącą z prysznica w dowolnej ilości, z lustrami w łazienkach, z garażem dla rowerów, z pralnią i z werandą, na której siedzimy do późna w nocy puszczając dymki z nargili - fajki wodnej, którą, abrakadabra, pod osłoną nocy, dostarczył tajemniczy marabut. Pijemy szaj, a w około mile wonieje zapach tytoniu jabłkowego.
Zrywamy się o świcie. Dziś nie pośpimy. Obowiązki wyprawowe wzywają. Jutro przecież, z samego rana, mamy ruszyć na pustynię, na minimum 10 dniowy, przejazd odcinka Ghadames – Ghat. Odcinka, którego jak mówią doświadczeni przewodnicy, lokalni Tuaregowie i znawcy Sahary nikt wcześniej na rowerze nie przejechał. Dementujemy oczywiście tą drobną nieścisłość w wiedzy o własnym kraju lokalnej społeczności pokazując zdjęcia Kazika na Saharze. Zastanawiamy się też czyby tej trasy nie nazwać polską drogą rowerową, bo jak widać, na rowerze, jeżdżą nią tylko Polacy. Jeśli zaś chodzi o obowiązki to samych kartek do wysłania mamy ok. 60 sztuk – trzeba je kupić, potem znaczki, potem podstemplować pieczęcią wyprawową, potem zaadresować i w końcu zredagować oraz wypisać tekst. Akcja pocztówka z Ghadamesu przebiega nie bez atrakcji. Chęć zakupu znaczków do Polski zaskakująco powoduje wizytę całej naszej czwórki w gabinecie dyrektora poczty. W socjalistycznej Libii urząd rzecz święta i hurtowy zakup państwowych druków musi być dokładnie przemyślany. Kupujemy 120 szt. znaczków o nominale 100 centymów czyli 1/10 dinara. Trwa to jakieś pół godziny, podczas której dyrektor cały przejęty zamówieniem liczy znaczek po znaczku. W końcu płacimy 12 dinarów (28 zł i 80 groszy) i szczęśliwi opuszczamy budynek poczty. Znaczek do Bolandy 48 groszy!
Pozycja drugiej tabliczki powieszonej w Schronisku Młodzieżowym w Ghadamesie:
N 30º07,148’ , E 09º29,521’
Następne wielkie wydarzenie tego dnia to spotkanie na szczycie: dyrekcja Schroniska Młodzieżowego – uczestnicy pierwszego etapu wyprawy afrykanowaka.pl. W wyniku tego spotkania dyrektor Schroniska wyraził wielką radość i poparcie dla pomysłu powieszenia w schronisku tabliczki ku czci Kazimierza Nowaka. Szczególne jego zainteresowanie wzbudziła fotografia wykonana przez Kazika w grudniu 1931 roku w Ghadameskiej Medinie (strona nr 37 książki). Do samego powieszenia tabliczki doszło jeszcze tego samego wieczoru. Uroczystość uświetniła grupa około 20 nobliwie wyglądających mieszkańców miasta bez wątpienia stanowiących jego intelektualną elitę. Pośród ochów i achów, ustnych tłumaczeń całych rozdziałów książki na angielski i potem na arabski, przeglądania i komentowania zdjęć, licznych deklaracji chęci wejścia w posiadanie arabskojęzycznej lub chociażby angielskojęzycznej wersji książki – tabliczkę niniejszym zawieszamy w holu wejściowym schroniska, po prawej stronie recepcji i na wprost wejścia głównego do budynku!
Wspomnieć jeszcze należy, że Dyrektorowi Schroniska wręczyliśmy egzemplarz książki po polsku oraz przegraliśmy możliwie wszystkie pliki z naszego komputerowego „archiwum nowakowego” (biografia po arabsku, liczne zdjęcia autorstwa Nowaka, prezentację Łukasza, mapę trasy, itd.,itp.). Ściągnęliśmy również mailem z Polski zdjęcie z książki, które tak zainteresowało naszego gospodarza. Zdjęcie miejsca, w którym ów się wychował, zdjęcie jednego z kilkudziesięciu korytarzy Ghadameskiej Mediny.
Medina czyli arabska starówka to w Ghadamesie obiekt niebywały. Jest to zabudowane na obszarze 10 hektarów miasto labirynt, które powstawało przez kilkaset lat i obecnie, mimo, że w większości zrujnowane, posiada 1600 budynków, 1250 domów, 27 meczetów i kilkanaście szkół koranicznych. Genezą powstania tego założenia miejskiego, było tak ciasne wybudowanie domów w układzie wertykalnym, aby ich kominowy kształt zmultiplikowany po tysiąckroć stworzył przy gruncie sieć korytarzy, które dawały błogi cień. Właśnie te korytarze to opisywane przez Kazimierza Nowaka miasto mężczyzn. Miasto, którego ulice to malowane na biało niskie tunele, z licznymi rozgałęzieniami, zakamarkami, placami wyglądającymi jak podziemne i gipsowymi siedziskami dla wygody spacerujących. Całkowitą ciemność rozświetlają w korytarzach rozmieszczane często między domami świetliki o wysokości ok. 10 metrów. Powyżej poziomu „0” roztacza się już królestwo kobiet – domy mieszkalne i tarasy. Dostać się tam można przez ukryte w bocznych korytarzach wejścia do domów. Domostw budowanych pionowo na wysokość trzech i więcej kondygnacji, zbudowanych z gipsu i glinianych cegieł suszonych na słońcu, które z racji swych obłych wewnętrznych kształtów wydają się być jakby wyryte w skale. We wnętrzu na drugiej kondygnacji znajduje się najprzestronniejsze pomieszczenie, będące rodzajem salonu. Ma ono ok. 3-4 m2 powierzchni licząc po podłodze, natomiast jest wysokie na 5-6 metrów w górę. Z „salonu” prowadzą gipsowe zabudowane schody do poszczególnych sypialni i na najwyższą kondygnację – na taras. Stanowi on zwieńczenie domu, jest otoczony zdobnymi blankami, wyższymi w każdym z narożników i nierzadko posiada również dwie kondygnacje. Między poszczególnymi tarasami można dość swobodnie przechodzić, co tworzy arterię komunikacyjną miasta przeznaczoną wyłącznie dla kobiet. Ciekawostką jest również fakt, że domy nie posiadały łazienek. Funkcję higieniczną miasta spełniała płynąca w kamiennych korytach woda zasilana z jednego jedynego w mieście źródła Ain al-Faras czyli oko klaczy.
Obecnie cała Ghadameska Medina jest kompletnie nie zamieszkała. Ostatni mieszkańcy wyprowadzili się stąd w 1983 roku. Rząd Kaddafiego zbudował obok stylizowane na stare, ale nowoczesne domy. Z łazienkami. Prawowici właściciele poszczególnych domów nie chcą do nich wracać, bo zasmakowali wygód. Medina jest zabytkiem, co więcej znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO.
Nie możemy się nadziwić, że to miejsce jest tak dostępne dla każdego turysty. Na początku nieśmiało, a potem już z ułańską fantazją jeździmy „brennaborami” przez tunele Mediny. Dominik mówi, że to jest najlepsze na świecie miejsce do zabawy w chowanego. Zagubieni w labiryncie korytarzy czujemy się jak w mieście duchów. Niczym poszukiwacze zaginionej arki zaglądamy w boczne korytarze. Z czołówkami wyszukujemy w ciemni wejść do poszczególnych domów. Niektóre nie zamknięte drzwi odsłaniają przed nami tajemnicze wnętrza, kręte wydeptane schodki, pozostawiane w nieładzie sprzęty gospodarcze, ściany dekorowane arabskimi znakami i symbolami oraz liczne małe niebieskie zdobione drzwiczki zamykające wiele szafek i szafeczek usytuowanych tak aby do maksimum wykorzystać przestrzeń. Wychodzimy na tarasy, wspinamy się po nich na minaret meczetu, właśnie zachodzi słońce, cienie kładące się nisko nad dachami domów dają niesamowite wrażenie. Jesteśmy w innym świecie. Mury opowiadają nam o czasach świetności miasta. Czasach, gdy słynne ghadameskie karawany z Egiptu do Mauretanii i z nad Jeziora Czad do wybrzeży Morza Śródziemnego woziły szlachetne kamienie, złoto, srebro, trypolitańskie konie, kość słoniową, pióra strusie, daktyle, zwoje papieru z Wenecji, perły z Paryża i maty z Marsylii…
by Piotr Sudoł
8-10 dzień, 12-14 listopada - 320 kilometrów przez Hamadę w 3 dni
Pejzaże i klimaty
Otaczają nas kolory. Intensywne i płowe. Kolory piasku – rdzawego, rudawego, ceglanego, pomarańczowego, kwarcowego, khaki, bursztynowego, beżowego, brunatnego, sepiowego, kredowego i wapiennego. Ponad nami nienaganny błękit nieba i rozpalona żółć słońca. Czasem zaskoczy rzadka zieleń kulistych niskich krzaków.
Pustynia maluje pejzaże. Widzimy namiastkę pustyni australijskiej z jaskrawo czerwonym piaskiem i małymi zielonymi krzaczkami. Podziwiamy typowo westernowe krajobrazy, jak z amerykańskiej Monument Valley, z „kapeluszowatymi” ostańcami. Obserwujemy żwirowe, płowe bezkresne „żużlowiska”. Jedziemy przez głębokie i szerokie doliny przypominające koryta nieistniejących gigantycznych rzek. Nieśmiało jeszcze pojawiają się pierwsze małe diuny piaskowe, których powierzchnie wiatr rzeźbi w cyklicznie powtarzające się rzędy rozedrganych fal.
Wiatr jest tu rezydentem. Czasem tylko, znużony ogromem przestrzeni, odpocznie przez jeden dzień i wtedy, chyba dla żartu, kręci małe trąby powietrzne. W tych minitornadach piasek w metrowej wysokości odwróconym stożku wiruje opętańczo, jakby chciał zmaterializować dżina – ducha pustyni.
A wokół nas przestrzeń, jakiej w życiu nie widzieliśmy. Przestrzeń totalna, wszechogarniająca. Niczym niezmącona dal. Horyzont jak okiem sięgnąć jest tak daleko, że ma się wrażenie, iż jego linia niknie w rozedrganych od słońca mirażach. Pustynia z początku przeraża, ogrom przestrzeni potęguje niepewność. Niepewność podróżnika, który nie wie, dokąd dojedzie, gdzie będzie spał wieczorem. Miejsce, w którym się znaleźliśmy, płynie przez nas. Krzyczę na całe gardło: „Noooooooowaaaaaaaaaaaak!”
Wysiłek
Z czasem jednak oswajamy przestrzeń, adaptujemy się do pozornej monotonii hamady (pustyni skalistej), przez którą jedziemy. Dostrzegamy coraz więcej i to my zaczynamy płynąć – pewniejsi z każdym kilometrem. Droga w nieznane zaczyna się materializować, czujemy przepływ mocy. Wiemy, że będzie ciężko, ale damy radę.
Nasi bliscy wspierają nas myślami. W mojej głowie wciąż dźwięczy z troską wypowiedziana sentencja: „Tylko nie walcz. Słuchaj!” W ten właśnie sposób pokonujemy ostatnie 3 dni. W czwartek (12 XI 2009) dojeżdżamy po 62 kilometrach do Nalutu. Na zakończenie dnia atakujemy ostry podjazd na szczyty masywu Dżabal Nafusa. W piątek przejeżdżamy 140 kilometrów do Sinawan – mordercze 7 godzin na rowerze, który wraz z wypełnionymi 4 sakwami waży ok. 50 kilogramów. Ten dzień mieliśmy szczęśliwie bezwietrzny, jedyny jak do tej pory. I w końcu kolejne 116 km do Darj, z bocznym wiatrem jako jednym z głównych bohaterów dnia.
Samochody i drogi
Nieodłącznym elementem ostatnich 3 dni wyprawy są mijające nas samochody. Kierowcy niemalże wszystkich aut radośnie nas pozdrawiają, widząc obrazek w Libii naprawdę unikalny – rowerzystów na pustyni. Rowerzystów sunących zwartym szeregiem w jednakowych strojach, na jednakowych rowerach, z przyczepkami, na których zatknięte są trzepoczące banderki. Szkoda tylko, że entuzjazm kierowców przejawia się zazwyczaj w mijaniu nas z zawrotną prędkością, w niewielkiej odległości i przy wciśniętym „do dechy” klaksonie, który, wyjąc przeciągle, paraliżuje na moment nasze ciała i myśli. Nierzadkim obrazkiem są również powoli przejeżdżające auta z opuszczonymi szybami i kilkoma wycelowanymi w nas obiektywami aparatów bądź kamer telefonów komórkowych. Z otwartych okien samochodów słyszymy także wiele zagrzewających do walki komentarzy oraz widzimy wystawione w górę kciuki i dłonie składające się w oklaski.
Inna zabawa drogowa to akcja: „Kryj się – ciężarówka sunąca z naprzeciwka”. Polecam zwłaszcza tę akcję w wersji – ciężarówka na zjeździe. Ma się wtedy wrażenie, że kilkutonowy pocisk tylko delikatnie chybia celu, rażąc jednak niszczycielskim podmuchem i oślepiając na dłuższą chwilę tumanem pyłu. Innym razem znowu mija nas pikap z załadowanym wielbłądem, który na nasz widok ryczy z dezaprobatą.
W starciu z motoryzacją nie mamy szans. Jedynym odwetem, jaki udało się nam do tej pory wykonać, była cudowna dwójkowa akcja z Dominikiem, kiedy to podczas diabelnie stromego 5-kilometrowego podjazdu na szczyt masywu Dżabal Nafusa, do miejscowości Nalut, wyprzedziliśmy załadowaną po burty ciężarówkę z przyczepą. Co więcej, wypracowanej przewagi nie oddaliśmy aż do szczytu!
Motyw drogi jest wszechobecny. Niczym w „On the Road” Jacka Kerouaca czy „Asfaltowym Saloonie” Waldemara Łysiaka. Jedziemy po betonowych lub asfaltowych drogach dobrej jakości. Dłuuuuugie podjazdy i dłuuuuugie zjazdy. Monotonię kilkukilometrowych prostych odcinków podkreślają równomiernie rozstawione słupy linii wysokiego napięcia i żółte przerywane linie dzielące pasy. Wstęga asfaltu ciągnie się aż po horyzont. Co jakiś czas pojawia się pomarańczowa budka telefoniczna. Obowiązkowo w wersji bez słuchawki. Mijamy trójkątne znaki drogowe z namalowanymi wielbłądami i z dużym napisem „Slow” (o dziwo – po angielsku). Szlak pustynny znaczą też anteny nadawcze sieci komórkowych, policyjne punkty kontrolne, zadziwiająco liczne i dobrze widoczne z drogi studnie wodne, po arabsku zwane „birami” (tylko czemu bezalkoholowymi?).
Im dalej na południe, tym jakość dróg się pogarsza. Znika pobocze, znikają namalowane na betonowej drodze linie. Na niektórych odcinkach drogi w przebudowie prowadzą szutrowymi objazdami, wtedy akcja: „Kryj się, ciężarówka na zjeździe!” osiąga swoje apogeum. Jedziemy na południe, olbrzymia Sahara coraz bliżej, kilometrów na liczniku przybywa, czujnie wpatrujemy się we wracające z pustyni orszaki land-roverów. U schyłku dnia słońce z prawej strony z każdą minutą obniża swój pułap, a nasze cienie z lewej stają się coraz większe i dłuższe.
Groźnie wzniesiony w górę odwłok skorpiona z kolcem jadowym jest zapowiedzią zbliżającego się niebezpieczeństwa. Nie ma się wtedy ochoty na żarty. Skorpion staje się agresywny tylko w swojej obronie. Tak jak pustynia, która ma wszelkie warunki ku temu, żeby pozbyć się nieproszonych gości. Liczymy, że zostaniemy zaakceptowani, tak jak zaakceptowany został Kazimierz Nowak. Pokornie i rozważnie ruszamy do Gadames – słynnego miasta, zwanego „Bramą Sahary”…
Kazimierze Nowak do żony:
Step - 11grudnia 1931. Maryś mój kochany! Dzieńdobry przede wszystkiem. Spałem nie najlepiej, a jednak już teraz po gorącej herbacie weselej nawet na duszy. Wokół step przeolbrzymi – wicher tumanem piasku miecie, wonieje ognisko z ciernianych krzewów rozniecone rankiem. Słonko jasno świeci – czas namiot złożyć i w drogę – może przed wieczorem jeszcze dotrę do Nalut (na granicy Tunisu) skąd już wprost na południe powiedzie droga (!) do Gadames – na piaskach pustyń leżąca oaza. A że następna poczta dość daleko – bo aż w Sinauen – więc jeszcze z Nalut wyślę ten list aby doszedł Twych rąk przed świętami jeszcze. Tak Maryś! Święta idą, te przepiękne Święta Bożego Narodzenia. W podróży mi zejdą – zdala od Was – trudno! – inaczej już być nie może. Bądź jednak dobrej myśli – może mi się uda zahaczyć jakoś w Gadames, a gdyby nie – to i tak Bozia dobra – myślami będę przy Was blisko całkiem – myślami i duszą całą. Niech Wam zatem wesoło będzie, a przynajmniej nie smutno. Może z Krakowa coś nadejdzie – prosiłem oto – więc byłaby i chojinka, z resztą byle zdrowo, to choćby i chojinkę przybrać papierkami, a Elżuna już pewno cały cały dom od dawna zaśmieca. Pamiętaj Maryś aby głodno niebyło w domu – choćbyś coś sprzedać miała! Dla dzieci trzeba koniecznie coś upiec – i tak urządzić – aby garść wspomnień miłych pozostała. A nie gryź się mojem położeniem – nie najgorsze jeszcze – widzisz – choć posuwam się naprawdę dzikim stepem i pustynią, ani głodu nie zaznałem jeszcze i zdrów się czuję i sił dużo i wiary i nadzieji, kładąc się do snu na bezkresach pustyń czuję się dobrze i bezpiecznie całkiem, przecież dzieciny moje codziennie Bozię proszą o zdrowie dla Tatusia! A że zimno trochę nocą, że wyją szakale, to nic – mam przecież namiot – zaszyję się całkiem i nic mi nie grozi. Z resztą mam i nóż i siekierę – Ot tyle że nocą z namiotu wyjść nie można…
A więc Maryś – ślę życzenia serdeczne Zdrowych i Wesołych Świat a w upominku tylko myśli tęskne i pieszczoty czułe – a gdy Kraków dopisze – to i smacznego! Opłatka nie załączam – bo go tu nie ma – w ogóle żadnego Kościoła nie znajdzie na obszarze tysiąca kilometrów – ale gdy dzielić się będziesz z dziecinami, będę z Wami. Gdy gwiazdy zabłysną na niebie za ich pośrednictwem przy Was się znajdę i długo, długo wpatrywać się będę w gwieździste niebo – może Was zobaczę nawet. A więc z Bozią – zdrowo i bez smutku! Całuję mocno moją Trójkę i pozdrawiam serdecznie – Pa Wasz Kazimierz
Nalut 11grudnia 1931. Drogi – kochany mój Marysiek!
Nareszcie dotarłem do Nalut – naprawdę – opisać trudno jakich wysiłków trzeba by tu się dostać – rowerem! Jest to naprawdę pierwszy rower – który przez Nalut przejechał. Nocuję w kawiarni, niegłodny, jutro opiszę więcej – dziś mało wiem jeszcze o wszystkiem. Czas zbiegł przy kolacji, już noc – zmęczony jestem, a rano chcę trochę się powłóczyć, trzeba wstać wcześnie. A teraz Marysiek idą Twoje urodziny! A więc oprócz życzeń świątecznych – i te jeszcze załączam: żyj 100 lat dla nas, w zdrowiu i aby dobra Bozia dopomogla – abyś raz naprawdę żyć mogła tak, jak zawsze marzyłem – że żyć będzie moja Żona! A do tych życzeń serdecznych dołączam czułe pocałunki i uściski – ale takie długie – serdeczne! Nie masz pojęcia Maryś jak spieszno mi do Gadames! – pragnę coś wiedzieć o mojej Trójce kochanej – a to tak daleko jeszcze! Może za tydzień dopiero tam stanę – obliczyć trudno droga daleka! – A tam w Gadames...! Albo ja wiem co zrobię? Oj Maryś Maryś, że to bez pieniędzy takie ciężkie życie! Ale Pa teraz – Dobranoc – ja jeszcze i do Nusi skreślę słów parę idą i jej Imieniny. Bądź taka dobra i doręcz jej tę kartkę, którą załączę – sądzę że Święta razem z Tobą spędzi. Całuję Cię mocno – a Ty ucałuj dzieciny nasze małe – Pa Twój i Wasz
Kazimierz
5-7 dzień - 9-11 listopada - Dżebel Nafuza
Jak cztery żółte karawele żeglujemy przez Dżabal Nafusa – masyw górski ciągnący się łukiem aż od Tunezji. W Libii jego podnóża zaczynają się 100 km na południe od wybrzeża Morza Śródziemnego. Najwyższy szczyt tego łańcucha górskiego – Kaf Tigrinnah – wznosi się na wysokość 837 m n.p.m. My dojeżdżamy na wysokość 788 m. Wokół nas niewiarygodna przestrzeń, aż dech zapiera w piersiach. Jakbyśmy nagle wylądowali na Czerwonej Planecie. Wiatry sieką tu wściekle. Czasem trudno utrzymać kierunek jazdy. Jedziemy typowym kolarskim wachlarzem, czyli pierwszy toruje drogę w wietrze, a pozostali jeden za drugim próbują schronić się w powstającym w ten sposób tunelu aerodynamicznym. Wachlarz rozwija się od prawej do lewej lub na odwrót – w zależności od kierunku wiatru. Wyglądamy jak klucz ptaków lecących na zachód. Dolatujemy do Yafran, w którym eksplorujemy ruiny berberyjskiego miasta. Można się poczuć jak Indiana Jones. Duży kompleks ruin jest kompletnie niezabezpieczony. Znajdujemy pordzewiały rowerek dziecięcy z dwoma kierownicami (?!) i wydmuszkę po lampce rowerowej, zupełnie jak z oryginalnego „nowakowego Brennabora”.
Powoli integrujemy się z bezwzględnymi siłami natury. Nabieramy doświadczenia. Nie przemy na zabój do przodu. Jedziemy pod szalejący wiatr pokornie, acz konsekwentnie. Popękane od słońca usta smarujemy obficie, ogorzałe od wichury twarze zasłaniamy chustkami lub arabskim hassa. Pijemy wodę – często i dużo. Więcej śpimy, choć zrywamy się o świcie. Szybko zwijamy obozowisko i w drogę. Kończymy etapy zazwyczaj o zmierzchu. Szukamy miejsc osłoniętych od wiatru. Pierwszy obóz rozbiliśmy w głębokim jarze. Namioty ustawiliśmy pod oliwką. Drugi camping postawiliśmy w uedzie (wyschniętym korycie rzeki), na spękanym i wysuszonym piachu, w miejscu osłoniętym kolczastymi akacjami. Kolejne obozowisko stanęło w oazie, pośród drzew przypominających pinie, na wyschniętej trawie, gdzie ugościł nas jej dozorca – Sudańczyk. Zaraz po przyjeździe do oazy przez moment byliśmy sami, ale po chwili czujny dozorca, dziarsko się kolebiąc, przycwałował na osiołku, na lewym przedramieniu trzymając małą kózkę. Uśmiechnął się szeroko, po czym zakreślił dłonią szeroki łuk nad głową, co miało oznaczać – „korzystajcie do woli”.
Z dnia na dzień nabieramy coraz większego szacunku do Kazimierza Nowaka. Wiatr gwiżdże swoją piosenkę – słyszymy jak szepcze: „Tytan stalowego hartu… Tytan stalowego hartu…” Nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, jak on samotnie przemierzył pustynię. Samotnie przez Saharę! Jak w pojedynkę przebył Afrykę? Wieczorami Dominik czyta nam na głos listy Nowaka do Maryś. Słuchamy w zamyśleniu, wpatrując się w niebo, usłane tysiącami gwiezdnych galaktyk. Czyta nam też fragmenty książki. Siedząc w kręgu wokół ogniska, popijając szaj (mocną, słodką jak ulepek, herbatę saharyjską), pod oliwką lub akacją słuchamy, jak Nowak opowiada: „Gdy zbliża się wieczór, rozniecam wesołe ognisko z krzewów cierniowych, które mile wonieje”. Nawracamy również Fadela i Amida (kierowcę pikapa, który za nami podąża) na religię Nowakową. Pokazujemy im prezentacje Łukasza Wierzbickiego, liczne fotografie Kazika, biografie po arabsku i mapy trasy szlakiem Nowaka.
Dyskutujemy też o szansach powodzenia całej wyprawy. Co poprawić sprzętowo? Jak „odchudzić” ekwipunek? Czy wszyscy uczestnicy ekspedycji zdają sobie sprawę z jej trudów? Jak często nadawać relacje? Czy relacja nie powinna być stroną wejściową afrykinowaka.pl? Chcemy nadać poszczególnym „stalowym druhom” imiona. Produkujemy tabelki ze wskazaniami GPS-a, z listą sprzętu i z kosztami.
Tymczasem w Polsce bardzo nam pomaga Norbert Skrzyński. Dosłownie dwoi się i troi. Przypomina o wejściach radiowych, podaje dane dotyczące wiatru, szuka Polaków na trasie naszego przejazdu, rozwiązuje problemy komunikacyjne oraz prowadzi biuro prasowe wyprawy.
12 listopada Fadel ma urodziny. W przeddzień robi sobie prezent w postaci przejechania swojego pierwszego całego etapu, i to jak dotąd najdłuższego – 85,46 km. Fadel w ogóle powoli się rozkręca. Zaskakuje nas m.in. talentem kucharskim. Zbyszek, znany skądinąd degustator (nie tylko wyprawowy), podczas konsumpcji przygotowanej przez Fadela kolacji cmoka zawzięcie i oblizuje paluchy. Jemy smaczne libijskie warzywa i kurczaka z rusztu ogniskowego. Niebo w gębie!
Libia bardzo nas zaskakuje. Ludzie są przemili. Pomocni i gościnni. Cywilizacyjnie Libijczykom bliżej jest do Europejczyków niż do pozostałych mieszkańców kontynentu afrykańskiego. Paradoksalnie wydaje się, że socjalizm i kaddafizm dobrze zrobił Libii – przynajmniej na tle pozostałych państw afrykańskich. Sklepy dobrze zaopatrzone. Drogi asfaltowe zadbane. Nie widać biedy. Ludzie są schludni. Pieczywo, kurczaki, wodę i benzynę dotuje państwo. Dzieciaki w mundurkach szkolnych latają z podręcznikami do nauki języka angielskiego, w którym, o dziwo, czasem nawet w największej dziurze można się dogadać ze starszym pokoleniem Libijczyków. Jedna rzecz tylko nam się nie podoba – ekstremalny brak rowerów. Z drugiej jednak strony, na tym tle jesteśmy dla autochtonów rowerowymi argonautami, którzy po raz pierwszy przemierzają ich kraj na dwóch kółkach. Nie znają przecież Nowaka, a szkoda… I po to właśnie tu jesteśmy!
------------
4 dzień - 8 listopada - "Pustynia z Was wyciągnie"
„Pustynia z Was wyciągnie” – powiedziała pracownica Geofizyki Kraków na odchodnym , gdy opuszczaliśmy biuro goszczących nas pracowników tej firmy. „Jedliście już obiad?” – zaraz potem zapytała z troską jak prawdziwa polska mama. Nie jedliśmy oczywiście, bo czasu nie było. Była natomiast 14.00 lokalnego czasu (godzina później niż w kraju, ale tylko w polskim czasie zimowym) i w żaden sposób nie mogliśmy już od prawie czterech dni wyjechać z Trypolisu. Utkwiliśmy tu załatwiając miliardy spraw: tabliczka pamiątkowa Nowaka, lokalny telefon komórkowy, spotkania towarzyskie i poświęcone popularyzacji naszego guru z radcą ambasady rodakami, wypłacanie pieniędzy z lokalnych bankomatów dla krwiożerczej agencji turystycznej, zdjęcia, filmy, wywiady, relacje radiowe, uzupełnianie ekwipunku – jednym słowem: obłęd.
W końcu wyjechaliśmy. Zbyszek od razu zauważył, że podniósł mu się poziom endorfin. Wyglądamy zabójczo i tak też się czujemy. Miałem takie wrażenie, głównie ze względu na ciężar roweru wraz z objuczonymi bagażem czterema sakwami, że jesteśmy samodzielnym rozpoznawczym pułkiem Pustynnej Dywizji Pancernej feldmarszałka Rommla.
Pierwszego dnia przejechaliśmy 58.42 km co zważywszy na godzinę wyjazdu, (15:23) było i tak sukcesem. Słońce zaszło ok. 18:30. Ostatni kawałek jechaliśmy w ciemnościach. Z ciekawszych liczb pierwszego dnia. Prędkość podróżna oscylowała w zakresie 21 – 23 km/h. Prędkość średnia całego odcinka to 19.5 km/h. Prędkość maksymalna 37 km/h. Czas jazdy 2:59 h. Start na 36 m n.p.m. Meta na 126 m n.p.m. Całkowity wznios to 340 m n.p.m. Elfadel zatrzymywał się 5 razy i 4 razy podejmował dramatyczną decyzję o kontynuowaniu jazdy. 4 razy też wymiotował. Na ostatnim stopie na 20 km przed metą wymusiliśmy na nim przesiadkę do samochodu wraz z rowerem. Co ciekawe nie zbladł, ale wyglądał na skatowanego. Zastanawiamy się jak mu pójdą odcinki z dystansem do przejechania ponad 100 kilometrów.
Koordynaty, współrzędne geograficzne biwaku na mięciutkiej trawce przed bramą wjazdową do fabryki cegieł – N 32° 28’167 E 13°01’964
Sprzęt działał bez zarzutu, przełożenia cichutko cykały, oponki milutko mruczały, chwyty pewnie podpierały, geometria bez zarzutu, nośność ramy i bagażnika „konkret”. „Casimiro Bike” by Brennabor wymiata. Postawiliśmy namioty Tatonki – odpaliliśmy kuchenkę – warunki jak w Hiltonie. Czasza namiotu Mountain Dome Light stoi wysoko, część sypialniana bardzo wygodna, dwa wejścia, dużo przestrzeni na bagaż, łatwy i szybki montaż. Wieczorem zrobiło się nieco zimno, ale polarki Bergsona grzeją słusznie.
Martwi nas trochę Fadel, który jakby nie może się zaaklimatyzować. To ciekawa paralela, zwłaszcza, że to przecież on jest tu u siebie. Jednak, gdy spojrzeć na to od jego strony, to nasza eskapada może wyglądać tak: 3 uzbrojonych po zęby Europejczyków, na 3 kołowych rowerach podąża śladami gościa, którego nie widzieli na oczy, przybija jakieś tabliczki jego pamięci w antykwariatach, wiezie ze sobą 75 słodkich batonów, a mówi, że nie wolno mu zabrać więcej niż 2 pary skarpetek i majtek, bo to tworzy zbędny bagaż, na dodatek wręcza mu gacie z pieluchą, które ma używać i tłumaczy, że nic nie może wkładać do samochodu, nawet wody, do samochodu, który jedzie 10 metrów za rowerami. Dziś wieczorem będziemy pracować nad motywowaniem i oswajaniem Fadela. Musimy go zbudować na nowo po tej dekonstrukcji, którą mu przeprowadziliśmy przez ostatnie 4 dni. Potrzebujemy pewnego siebie, skoncentrowanego na misji uczestnika naszej wyprawy.
Dzisiaj przejechaliśmy pierwsze 60 kilometrów. Jeszcze tylko jakiś tysiąc razy ten sam dystans i jesteśmy na miejscu. Kazik – jak Ty to zrobiłeś? Kto lub co dało Ci siłę i motywację na tak gigantyczną trasę. Przez kolejne 725 dni, nieprzerwanie, uczestnicy afrykinowaka.pl będą starali się to zrozumieć. Do końca wyprawy zostało jeszcze bagatela 39 940 kilometrów!
relację przygotował Piotr Sudoł
2 i 3 dzień - 6,7 listopada
„Nie ma czasu na podróż” – skwitował pod wieczór Zbyszek i zawarł w jednym krótkim zdaniu treść drugiego i trzeciego dnia pobytu w Libii.
W agencji turystycznej …
W „opiekującym się” nami biurze podróży stoczyliśmy prawdziwą, prawie 5-cio godziną batalię. Batalię podczas której, sporych rozmiarów Tuareg – właściciel agencji, o wyglądzie pogodnego hipopotama, wielokrotnie wzywał Allacha. Oprócz wzywania, pokrzykiwał, cmokał z dezaprobatą, rzucał ostentacyjnie papierzyskami o biurko i wychodził z biura oburzony. Próbując znaleźć się w sytuacji robiłem naburmuszoną minę, energicznie tłumaczyłem Fadelowi, który tłumaczył całą rozmowę z Tuaregiem, że „się nie da” z pełną irytacją w głosie i odgrywałem pełen teatr z wychodzeniem z biura i dzwonieniem do niewiadomo kogo. W końcu kucnąłem na ziemi rozłożyłem wielką mapę Libii i łopatologicznie karteczkami imitującymi rowery i samochód pokazywałem trasę i sposób naszego przejazdu.
Wyciągnąłem też GPS i 10 litrowe worki na wodę MSR-a, żeby pokazać nasze pustynne profesjonalne przygotowanie. To nieco rozładowało ciężką od wzajemnego sapania atmosferę, bo wtedy rozmarzony Tuareg ściągnął ze ściany wiszącą tam girbę, powiedział, że jest z kozy i że jest lepsza niż jakiś tam MSR. Najbardziej z nas wszystkich zestresowany Fadel rzucił wtedy coś w stylu: „No problem Piter! You see - this people are desert people” i wyszczerzył zębiska. Główne zagadnienia negocjacji po arabsku dotyczyły – trasy, sposobu jej pokonywania, wymiany składów sztafety po miesięcznym pobycie w Libii, roli Fadela w przedsięwzięciu oraz rozliczeń pieniężnych za wykonywaną przez agencję obsługę. Po wyczerpującej walce, na trudnym terenie przeciwnika, wywalczyliśmy zasłużony remis, choć ze wskazaniem na gospodarza. Temat gotówka i tylko gotówka - 100% teraz albo powrót do domu - przegraliśmy, ale po walce (3000 Euro na stół i 6100 Dinarów za 4 dni). Reszta tematów po naszej myśli. Jedyną satysfakcją pozostawał fakt, że Tuareg, zaprawiony w bojach arabski lis pustynny, stwierdził, że już ma dosyć, bo boli go głowa i oklapł bezwładnie na fotelu …
W antykwariacie …
Właściciel antykwariatu Mohammed Ali Elbakhabakhi siedział na krześle przed sklepem. Odziany w białą tunikę, bezrękawnik i biały fez. „Sebha Used Book Store” – jedyny antykwariat w Libii, który założył 50 lat temu zaczynając od 200 książek z własnego zbioru bibliofilskiego wydawał się być perfekcyjnym miejscem do powieszenia tabliczki poświęconej pamięci Kazimierza Nowaka.
Antykwariat posiadał rewelacyjną lokalizację – znajdował się ok. 200 metrów od Zielonego Placu najbardziej charakterystycznego miejsca w stolicy Libii (w czasach kiedy Nowak odwiedzał stolicę Tripolitanii miejsce zwało się Piazza Italia). Wewnątrz panował klimat „szuflandi” z filmu „King Size”, czuło się zapach starych książek, na półkach stały przykurzone woluminy w ilości 8000 sztuk, stare mapy, ryciny i „Zielona książka” czyli nowy porządek świata według Muammara Al Kaddafiego tutaj do kupienia aż w 56 językach świata.
Mohammed Ali wysłuchiwał z wypiekami na twarzy opowieści o Nowaku, sam, nie tylko z racji prowadzonej działalności, jest pasjonatem opowieści o podróżnikach światowych, którzy swe afrykańskie podróże rozpoczynali w Trypolisie. O Kaziku wcześniej nie słyszał! A pasjonują go losy Clappertona, Nachtigala, Danhama, Rohlfsa, Oudneya i innych eksploratorów Sahary, którzy swe ekspedycje rozpoczynali w Trypolisie. Mohammad Ali ma wielu przyjaciół na całym świecie. W swojej księdze pamiątkowej rozanielony antykwariusz pokazywał nam wpis profesora Janusza Daneckiego najbardziej renomowanego polskiego arabisty z Instytutu Arabistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Wspominał nam również o arabskim podróżniku Al-Hasanie Ibn Muhammad al-Fasimie znanym w Europie pod nazwiskiem Jana Leona Afrykańczyka, który w 1518 roku odwiedził Trypolis i opisał go w swoim wielotomowym dziele „Opisanie Afryki”.
A pisał tak: „Trypolis jest otoczony murami wysokimi i pięknymi, choć niezbyt mocnymi. Miasto leży na piaszczystej równinie obsadzonej licznymi palmami. Domy Trypolisu są piękniejsze od tunetańskich, bazary uporządkowane, a poszczególne cechy porozdzielane zwłaszcza jeśli chodzi o sukienników. Nie ma tam wodotrysków ani studni, nic poza zbiornikami. Odczuwa się duży brak ziarna, gdyż cała okolica jest piaszczysta, całkiem jak w Numidii (…) Niemniej mieszkańcy energicznie oddają się handlowi, gdyż Trypolis leży blisko Numidii i Tunisu i aż do Aleksandrii nie ma innego, większego miasta; jest on też niezbyt oddalony od Malty i Sycylii. Zwykły tam zawijać weneckie statki dla wielkiego handlu z kupcami z Trypolisu i innymi, którzy co roku ściągali właśnie z powodu owych statków.”
Mohammad Ali nawet chwili nie zastanawiał się nad naszą propozycją powieszenia tabliczki pamiątkowej, skwitował od razu, że będzie to prawdziwy zaszczyt dla niego i jego antykwariatu. Tabliczkę przykręciliśmy drewno-wkrętami od wewnętrznej strony drzwi we czwórkę: ja, antykwariusz, Fadel i Dominik (Zbyszek wtedy dzielnie skręcał rowery). Została jedynym błyszczącym elementem wystroju wnętrza. Współrzędne geograficzne pierwszej tabliczki - N 32° 53.564' ; E 13° 10.871'
W misji popularyzującej …
Widzieliśmy się także z radcą ambasady polskiej w Trypolisie Panem Sylwestrem Garnetem, który w miły dyplomatyczny sposób poinformował nas „co i jak”, zapoznał ze stanem liczebnym Polonii i osiągnięciami polskich firm na miejscowym rynku wydobywczym. Zaproponował także, bardzo cenną pomoc w misji popularyzacji Kazimierza Nowaka, a mianowicie kontakt z libijskim Centralnym Archiwum Państwowym oraz Instytutem Historii, które to podmioty, jak stwierdził, powinny być zainteresowane historią wyprawy przez Czarny Ląd ze startem w Trypolisie.
Szukaliśmy bezskutecznie śladów po szyldzie: „Fratelli Gadziński”, reklamy kupca pochodzenia polskiego, którego Nowak spotkał handlującego na terenie dzisiejszej mediny czyli arabskiego suku.
A na koniec poszliśmy na przepyszne libijskie ciacha. Słodkie jak ulepek, ociekające miodem i dostępne w setkach wariacji.
__________________________
tak z Trypolisu do żony pisał Kazimierz Nowak:
Tripoli, 27. listop. 1931.
Maryś Drogi!
Dzień dobry przede wszystkiem! Upalne słonko już wysoko, a ja dopiero po śniadaniu jestem. Chleb, masło, czarna aromatyczna pyszna kawa. Teraz zapaliłem papierosa, pogawędzę chwilkę z Maryśką moją i pojadę do Gubernatorstwa, gdzie dowiem się ostatecznie jak i którędy mogę się poruszać. Spałem dobrze – już tyle nocy spałem w ubraniu i trzewikach, że z praw-dziwą rozkoszą rozebrałem się w nocy. Poszedłem spać po północy – wywoływałem klisze i skopjowałem parę obrazków, a już przed 8-mą zbudził mię gwar ulicy.
Wiesz Maryś? – najdalej w poniedziałek opuszczę Tripolis – już jutro bym odjechał, ale odczekam jeszcze przybycia najbliższej poczty, a okręt z Europy przypłynie pop. w niedzielę. Miasto – choć ciekawe – ale ciekawsze będzie wnętrze kraju, zresztą życie w mieście drogie bardzo. A więc, gdy list ten czytać będziesz, będę już daleko stąd, choć nie wiem jeszcze jaki kierunek obiorę, w każdym razie albo daleko na Wschód, ewentualnie w głąb Afryki powiedzie mię przeznaczenie, choć prędzej w głąb kraju pojadę.
w pałacu Gubernatora
Trudności kupa – niewiem co zyskam – w każdym razie jakaś część drogi stoi przede mną, a potem... ale co o tem teraz myśleć. Pić będę z pełnego puchara wrażeń, a potem, i tak wszystko w ręku Boga.
Czekam jeszcze, może choć kawałek jakiegoś papieru dostanę do ręki; gdy nie – bez niczego ruszę – ot – chce porobić dużo ciekawych zdjęć, może to mi da dochód jakiś.
Ale dziś upał, słońce wprost pali, a jeszcze południe daleko, ciekawa Afryka – co?
U nas w Polsce śniegi może i mrozy – tu upał – że człowiek w cieniu się topi.
Tripolis 28. listop. 1931.
Maryś Jedyna!
Wczoraj tak mało pisałem, ale za to dużo kart korespondencji podróżnej skreśliłem do Kurjera Poznańskiego, które równo z tym listem do Ciebie wysyłam. Ciekaw jestem czy wydrukują – może będziesz tak dobra i przypilnujesz – a w razie gdybyś osobiście była
w Poznaniu wstąp sama do Redakcji i pomów w mojej sprawie z panem Redaktorem Kędzierskim, z p. Redatorem Jarochowskim – z Kurjera Poznańskiego, którzy przed odjazdem przyrzekli mi pomoc. Zresztą najbliższe dnie okażą czy chcą mi podać rękę.
A wiesz? Koniecznie potrzebuję broni – koniecznie! Zaś nie wiem za co ją kupię.
Aha, Maryś! Chwilowo z pierwszych przekazów zużywaj tylko połowę – drugą rezerwuj dla mnie – starać się będę aby tych przekazów było jaknajwięcej. Pisać będę dużo, także do Ciebie, dziś czasu mało, za chwilę trzeba do portu skoczyć, odpływa dziś okręt – niech i ten list dla Marysi mojej zabierze.
Mam bardzo dobry list od gubernatora w poniedziałek, to jest pojutrze opuszczam Tripolis, udając się wprost na południe przez Gadames, w stronę tysiące kilometrów odległej oazy Murzuk (:czytaj Murcuk:)
Podróż przede mną bajeczna, piękna, choć trudna, ale da Bozia zdrowo przebrnę i dotrę do utęsknionej i dalekiej kolonji Kongo Belg. Szerzej, obszerniej napiszę następnym listem, ale z pocztą będzie teraz krucho – oddalę się od osiedli ludzkich, listy iść będą długie tygodnie, ale sam nie wiem gdzie i kiedy dostanę następną pocztę.
Chwil parę przed wysłaniem poczty:
Maryś Jedyny – piszę w pośpiechu, już ręka boli od pisania. Wybacz kochanie, ale w następnym już liście będę się mógł lepiej wysłowić – dziś nerwy nie dają. Załączam również list do Ks Proboszcza – zaklej go i oddaj odwrotnie. A o ile będzie w Kurjerze Poznańskim coś mego, to postaraj się o wycinek, zaznacz nr i datę gazety i poślij jak najprędzej – będzie to dla mnie podnietą i zachętą do dalszej pracy.
Bądź dobrych myśli – niech Bozia dobra czuwa nad Wami i darzy Was zdrowiem.
W poniedziałek ruszę dalej – proś Bozię o powodzenie i o polot myśli.
Całuję Cię serdecznie, czule i dziecinom naszym zasyłam buziaki – Pa
Twój i Wasz Kazimierz
P.S. Nusię pozdrów ode mnie – adres podany poniżej – ważny, aż do odwołania: zresztą napiszę go na osobnej kartce no i na kopercie. Pa – z Bozią.
1 dzień - 5 listopada
Etap Zerowy. Boruszyn - Poznań . 4 listopad
W oczekiwaniu na pierwsze relacje z Libii...
start spod Domu Kultury w Boruszynie
przed domem Nowaka (oczywiście nie wszyscy się zmieścili)
trzydziestu rowerzystów żegnali uczniowie boruszyńskiej szkoły podstawowej!
zimno, wietrznie i mokro! tego chłopaki raczej nie doświadczą w Libii!
mimo trudnych warunków uśmiechy nie znikały z naszych twarzy
nie wszystkim było zimno, krótki postój na rynku w Obornikach
peleton jechał nieco porozrywany
Piotr Sudoł, Zbyszek Sas, Dominik Szmajda - pierwsza zmiana Afryki Nowaka na Dworcu Głównym PKP w Poznaniu
.jpg)





































.jpg)
















