Tamerza – Gafsa: ostatnia prosta nieugiętej tunezyjskiej ekipy

21 grudnia 2011.

Celebrujemy ostatni wspólny wieczór w gronie najliczniejszej, super-dzielnej ekipy specjalnego tunezyjskiego etapu Afryki Nowaka. Wielki duch Kazika, wspaniała energia i rewelacyjna współpraca – prawie 900 km w nogach po 12 dniach codziennego pedałowania.

Na stole  zaaranżowanym na tapczanie  w jednym z “numerów hostelowych” królują soczyste mandarynki, pachnące oliwki, prażona cieciorka, słodkie daktyle, na które właśnie nastał sezon (tzw. “palce światła”) i  inne frykasy. Flaga Algierii, która dojechała niemal pod granicę tego kraju, została odpowiednio przyozdobiona podpisami całej drużyny, a chóralne “STO LAT” zabrzmiało już tyle razy ze potraciliśmy glosy.

Ale zanim to nastąpiło, finał odbył się  z przytupem – działo się, oj działo…

Dojeżdżając do Tamerzy – wysuniętego najbardziej na zachód punktu na naszej trasie – na koniec dnia czekało na nas wysokie wzniesienie i przełęcz. Takie ukształtowanie terenu skłoniło niektórych uczestników do opracowania nowych rozwiązań techniki rowerowej – jazdy na holu i hamowania podeszwowego podczas zjazdu. Stromy podjazd okazał się mniej wyczerpujący niż sądziliśmy stojąc u jego podnóża, a mimo to czekała na nas nagroda w postaci przepięknych widoków bezkresnej równiny upstrzonych łańcuchami wzniesień.

Hitem Tamerzy stało się menu w lokalnej restauracji, do której udaliśmy się całą grupą wygłodniałych odkurzaczy energetycznych. Ochrzczone mianem “prawie schabowy” panierowane sznycle z kurczaka z frytkami zastąpiły kuskus i zainspirowały do kolejnych fantazji kulinarnych z serii „co by tu się zjadło…”

Jeszcze przed rozpoczęciem ostatniej misji: zaatakowaniem granicy z Algierią, w programie znalazły się malownicze górskie oazy, a w nich kaniony i wodospady. Nasza ekipa na rowerach przebiła się przez błota, kamieniste strumienie i trzciny, by zdobyć kanion znajdujący się na przedmieściach Tamerzy. Na tym off-roadowym odcinku specjalnym zaliczyliśmy parę fikołków, ale jaka to była przygoda!

Po okolicznym zwiadzie, ruszyliśmy w dalszą trasę do pobliskiego, zachwalanego we wszystkich przewodnikach, Mides. Kilkunastoosobową, jak zwykle rozgadaną, ferajną, wjechaliśmy do typowej, kolejnej już, oazy, klucząc na kilkusetmetrowym odcinku prowadzącym wąskimi uliczkami walącej się niby-wioski, za jednym z zakrętów zastaliśmy widok, który odebrał nam mowę. Przed nami rozciągał się wielki kanion, malowany feerią pastelowych kolorów skał i popołudniowego tunezyjskiego słońca. Widok bardziej imponujący niż w naszych najśmielszych marzeniach. I znów znaleźliśmy się na planie filmowym – tym razem “Angielskiego pacjenta”. Ale czas goni. Szybka sesja zdjęciowa: same panie, panie z ekipą z Lubartowa, Brennabor na tle kanionu, no i charakterystyczne ujęcie: cała ekipa w komplecie, wraz z Robertem robiącym zdjęcie „z ręki” w rogu kadru.

Nadszedł długo wyczekiwany moment: zdobyć granicę tunezyjsko-algierską, stanąć choć na chwilę na pasie ziemi niczyjej… Wraz z chwilą, gdy, zgodnie z drogowskazem, skręciliśmy w stronę granicy algierskiej, nie wiadomo skąd, do naszego peletonu dołączył quad, a potem samochód. Panowie kierujący pojazdami przedstawili się jako „garde nationalle”, lokalna straż. Spodziewaliśmy się natężonego ruchu i typowego przygranicznego ożywienia. Tymczasem przywitała nas pustka, góry i cisza. Gdy posterunek graniczny był już na horyzoncie, nieoznakowany policyjny furgon wyprzedził nas,  zastawił drogę i w sposób nie znoszący sprzeciwu, acz grzeczny, zabronił nam dalszej jazdy. Z rozmowy wynikało, że wytyczona przez ciągnące się po horyzont pasmo górskie granica jest bardzo źle strzeżona i w związku z niedawnymi porwaniami, wzmożono środki bezpieczeństwa czyt. ochronę turystów… Atmosfera była napięta, więc nie protestowaliśmy długo, tylko nadużywając cierpliwości eskorty, odbyliśmy sesję zdjęciową z flagą Algierii i symbolicznie przekazaliśmy pałeczkę Kasprowi i Norbertowi, którzy sztafetę śladami Kazika kontynuować będą już w Europie.

Nasza opieka w postaci dyskretnego konwoju towarzyszyła nam przez kolejne 2 dni. Nawet fakt dezinformowania ich i podziału na dwie grupy (Kamila i Norbert ruszyli z powrotem do Douz na początek największego festiwalu Saharyjskiego, z którego obszerna relacja później), nie zmylił ich i eskorta wezwała posiłki.

Dzień rowerowy dobiegał końca, więc pedałowaliśmy dalej. Po horyzont rozciągał się obszerny płaskowyż, na którym nasze namioty i tradycyjne integracyjne ognisko byłyby widoczne jak na dłoni z odległości kilkunastu kilometrów. Plan rozbicia obozowiska w okolicy kanionu legł zatem w gruzach. Na liczniku rowerowym wybiło już kolejne 20 km od granicy, minęliśmy kolejną miejscowość. Już w ostatnich promieniach zachodzącego słońca i ekspresowo spadającej temperatury znaleźliśmy w miarę sensowne i osłonięte miejsce na “bush camping”. Nie do końca świadomi, że mamy opiekę postanowiliśmy tej nocy robić warty w obozowisku. Namioty rozbite, odzienie rowerowe zamienione na „wieczorowe”. Zabieraliśmy się właśnie za „odpalanie” kuchenek, kiedy na nasza polankę wkroczyli policjanci i grzecznie poprosili, abyśmy przenieśli się do znajdującej się w sąsiedztwie opuszczonej hali fabrycznej, gdzie już załatwili nam całonocne stróżowanie. W końcu doczekaliśmy tzw. alarmu ciężkiego – ekspresowego zwijania bush campingu, który w 15 minut zamieniliśmy na beton camping :-) Co prawda nie było ogniska, ale za to chronieni od mroźnego wiatru, w świetle czołówek i betonowego pyłu unoszącego się w powietrzu spędziliśmy kolejny, przedostatni fantastyczny wieczór. Niezawodnie wybiła  cykliczna “czarna godzina”, kiedy to z sakw wypruwamy zachomikowane smakołyki. Mistrzem od niespodzianek został Hrabia (Jurek).

Przed świtem ruszamy na ostatnią prostą w stronę Gafsy. Jedzie się się wyśmienicie: droga płaska jak stół, lekki wiaterek w plecy. Kolejne kilometry na liczniku biją jak szalone. Po drodze mały postój i sesja fotograficzna z wielbłądami, kilka osobników najwyraźniej chciało dołączyć do naszej karawany, ale zostały przegonione przez wielbłądziego opiekuna kamieniami. Ruszamy więc dalej, aby nie zakłócać wypasu.

Przed nami nieco dłuższy podjazd, ale po 10 dniach jazdy pokonujemy go bez najmniejszego problemu. Na końcu podjazdu nasz ulubiony znak drogowy: nachylenie 10%. I hajda w dół!!! Nabierając prędkości, ze łzami wyciskanymi przez pęd powietrza, podziwialiśmy iście baśniowy widok, rozpościerający się przed naszymi oczami. Kręty kilkukilometrowy zjazd,  a u jego stóp kanion i rozciągająca się po horyzont równina otoczona górami na kształt podkowy. Na horyzoncie, w bliżej niezidentyfikowanych oparach majaczyły budynki większej miejscowości. Według drogowskazu: Gafsa 26 km. To nasza miejscowość-meta. Dotarliśmy do niej w peletonie z nieodłączną obstawą kolejnej już zmiany regionalnej policji. Kilkunastoosobowy łańcuch rowerowy prowadzony przez policyjny motor wił się pomiędzy samochodami stojącymi na zakorkowanych ulicach zatłoczonej Gafsy. Byliśmy u celu – hostel Kalf Allah. Sakwy z rowerów, rowery do jadalni, my do pokojów.  Popołudnie spędzone na ostatnich zakupach, organizacji transportu i „przepakach” zleciało jak z bicza strzelił. Wieczór upłynął na „ostatniej wspólnej wieczerzy” otwierającej niniejszą relację.

A co się działo dalej? CDN.

Pozdrowery

Agnieszka i Julia

Foto: Karolina Sypniewska, Robert Kalak, Julia Marchlewicz

Comments are closed.

Design: ITidea
Hosting: Seetech - Wdrożenia Microsoft Dynamics NAV