Relacja nr 4,5 z Czadu – notatki oficera łącznikowego

  Jest 22:30 odbieram telefon od Dominika. Przejęta rolą „oficera łącznikowego” wszędzie chodzę z notesem i czymś do pisania. Duża żółta kartka leży na wciąż na moim biurku, szybko zapełniam ją notatkami. Dzwonią z buszu, w którym rozbili obóz. Jest ciepło. Są po kolacji. Kasia zasnęła (zapewne skulona w pozycji embrionalnej), Andrzej i Ulla piją herbatę (Ulla zapewne zieloną). Tak, znam ich przyzwyczajenia i rytuały, moja wyobraźnia dokładnie wyrysowuje ich grymasy twarzy – przecież znamy się tak dobrze, przecież mieliśmy być w Czadzie razem... Pytam jaką mają drogę, czy dziewczyny dzielnie radzą sobie w upale i czy spotykają dzikie zwierzęta. Moja zachłanność ich wrażeń z bycia tam,  z zapachów, barw, dźwięków i kształtów jest porównywalna do ciekawości małego dziecka. Dominik wolnym,  miarowym rytmie podaje fakty:   10 VII   Wyjechali z Sahr (dla ułatwienia załączam mapkę z zaznaczoną na żółto trasą, opisaną w tej relacji). Początek drogi przyjemny bo rozpieściło ich chłodniejsze powietrze i opady deszczu. Wyobrażam sobie to orzeźwienie. Na odcinku Sahr – Kumra gruntowa droga poprzecinana robotami drogowymi (kładą asfalt). Przejechali 90 kilometrów w temperaturze 30 stopni. Dojechali do miejscowości Koumra. 11 VII Znakomity odcinek jazdy po szosie aż do Dobe, pokonane łącznie 104 kilometry z tylko jedną przerwą na posiłek o który nie było trudno, ponieważ wzdłuż drogi co rusz pojawiają się jadłodajnie. Dwie godziny dla żołądka, regeneracji mięśni i zadumy. Ulla podobno rozpędziła się przekraczając 30km/h, a Kasia zapewne próbowała jechać nie trzymając kierownicy. Ćwiczyliśmy wspólnie te „triki” na tzw. obozie przedczadowym – bo musicie wiedzieć, że przygotowania do Czadu były bardzo staranne (od przepraw rowerowych po puszczy noteckiej i ziemi lubuskiej, przez spotkania i dyskusje o tym co zabrać do jedzenia a czego nie,  aż do prób napraw dętki, hamulców  w wydaniu żeńskim i prób domowych jazdy na rowerze w spodniach  czy w sukience).               Dobe, duża miejscowość bez oczekiwanych atrybutów dużego miasta. Nie ma internetu. Nie ma połączenia z resztą świata… Wyruszają z Doby do Lai. Droga polna. Drugie pół dnia sam piasek. Odbijają nad rzekę Logone, kąpią się. Biali w rzece przyciągają widownię – przyszli ludzie z wioski… ___________________________________________________________________________ ”Gwiazdy przeglądają się w świętej rzece LOGOME, która prawie zamarła w bezruchu, uśpiona suchą porą. Strome brzegi porosła anemiczna trawa, wśród której w dzień dojrzeć można plantacje ryżu  forsowane przez administrację, bo ziemia tak pustynna, że bawełna nie dała tu żadnych rezultatów. Święta rzeka LOGOME! Tak! – święta - jak w ogóle wszystkie rzeki pod tą szerokością geograficzną. Na lewo  i prawo od koryta rzeki rozciąga się prawie szczera pustynia, przedpokój Sahary – i anemiczną roślinność spotyka się dopiero nad brzegiem wody. Woda ta daje życie ludziom i zwierzętom. Zaraz od osady Lai zmienił się nie tylko krajobraz, ale także murzyni, ich wioski i sposób życia. Wioski skupiły się tuż nad brzegiem i tworzą istny labirynt uliczek wąskich, obramowanych kolistemi lepiankami, przykrytymi stożkowatą, plecionką, strzechą.”

Trzeci list z obszaru Czad Kazimierza Nowaka w Na szeroki Świecie

  Dominik podkreśla- szczep czuje się obrażony, gdy mówi się o nich BANANA, każą się nazywać MASA…
___________________________________________________________________________ Na szerokim Świecie nr 20 Fort Lamy, kwiecień 1936 W BONGOR spędziłem kilka dni, a także urządziłem sobie dłuższą wycieczkę po rzece LOGOME, docierając aż po krańce ziem szczepu BANANA, w chęci zobaczenia „domów granatów: zbudowanych całkowicie z gliny, a robiących wrażenie olbrzymich pocisków armatnich. Stoją one po obu stronach granicy, którą na tym odcinku tworzy rzeka LOGOME. ­­­­­­­­­­­­­­­­­­__________________________________________________________________________ Moja próba wyobrażenia sobie tych spotkań,  kończy się wyłącznie na jednym obrazie – kontrast białek oczu z ciemną skórą, równie nasycony jak kontrast mleka rozlanego na świeżej, zielonej trawie, ciała zanurzone w migotliwych promieniach słońca odbijającego się od tafli wody. Na żółtej kartce A3 zapisuję – 6km pchania rowerów przez trudny teren, ostatecznie pokonane 84km przez raczej niesprzyjający teren dla rowerzysty. Przed zachodem słońca udało im się zatrzymać w wiosce, w której dzień wcześniej odbył się dzień targowy. Taki dzień po, ma swoje przywileje – zaspokoi z pewnością męskie podniebienie bo jest nim zwyczaj picia piwa z prosa. W takiej chwili nie można nazwać tego świata „innym…”   Powinni już  dotrzeć do  Lai… [Magdalena Bobryk]

Jeden komentarz / One Response to “Relacja nr 4,5 z Czadu – notatki oficera łącznikowego”

  1. Anna says:

    Wspaniały opis. Az chce się zobaczyć na własne oczy

Komentarz / Comment


Przepisz 2 słowa poniżej by wprowadzić komentarz.

Spam protection by WP Captcha-Free

Design: ITidea
Hosting: Seetech - Wdrożenia Microsoft Dynamics NAV